Cześć Dziewczyny!!!
Trochę się ostatnio byczę i staram się spędzać jak
najwięcej czasu z Narzuconym, bo też ma akurat urlop:) Mogę jednak zrobić już małe
podsumowanie produktu, co do którego miałam ogromne oczekiwania. Produktu przez
którego zerwałam z henną i naturalnymi balsamami koloryzującymi. Konkretnie
mowa tu o farbie Casting Creme Gloss marki L’Oreal, który zachwycił mnie na
głowie Przyjaciółki. Sama miałam wtedy odcienie rudości na głowie – a jeśli chcecie zobaczyć porównanie mojego i jej koloru to zapraszam [ TU ] zrobiłam małe porównanie zdjęciowe:)
No cóż, przychodzi taka chwila w życiu kobiety, kiedy jej włosy nie wyglądają tak jak powinny i wtedy zaczyna się u niektórych "włosomaniactwo" :) Wiedziałam, że w moim mysim kolorze włosów nie jest mi dobrze i farbowanie będzie czynnością konieczną, ale chęć dbania o włosy skłoniła mnie do użycia naturalnych środków koloryzujących jak choćby henny(o której nieudolnych próbach [TU] ) i koloryzujące balsamy ziołowe, które trzymały się może 3 mycia (o tym z kolei [TU] )
Wiele osób odradzało mi farbowanie ze względu na użycie henny. Jednak w kwestii koloru włosów słucham tylko siebie i farba wylądowała w trybie natychmiastowym na moim łbie. A teraz rozłożę to na czynniki pierwsze.
*****************************************************************
No cóż. Zaczęło się wszystko od „ochów i achów” – „Ale masz piękny kolor!”, „Czym farbujesz?” itd…
Nie często zdarza się, że parę dni po zachwytach lecę do sklepu na łowy. Jednak
to był jeden z tych przypadków, kiedy poszukiwania drogeryjne stały się
obsesją. Kolor 613 – Mroźne Mochaccino spędzał mi sen z
powiek, więc rozglądałam się po wszystkich sieciówkach i drogeriach w
Wadowicach. O dziwo farbę można było znaleźć prawie na każdym rogu w każdym sklepie. Ceny wahały się w okolicach 27-23
złotych. Moja ostatnią nadzieją był Rossmann, gdzie… akurat panowała Castingowa
promocja i za pudełko zapłaciłam 17.99zł
:) Oczywiście zapobiegawczo kupiłam dwa opakowania, żeby w trakcie nie było
wtopy. Wiadomo - przerzucając się z henny, za której 2 opakowania płaciło się 6 złotych a wydatek prawie 40 złotowy to jest dość spora różnica.
Jednak nie tylko za wygodę, ale również za dostępność się płaci.
W domu nerwowe rozrywanie pudełka, czytanie
instrukcji i oglądanie zawartości. Koloryzacja
pielęgnacyjna bez amoniaku- naczytałam się już o takich farbach, ale co
tam! W środku wszystko bardzo schludnie i ładnie się prezentowało (nie to co
tańsze farby :P), od razu spodobał mi się design tego zestawu do farbowania. Co
się rzuciło mi w oczy? Fajnie zapakowane rękawiczki nie z tego klejącego się i
pocącego ręce materiału! Plusik :) Wszystkie „narzędzia zbrodni” opisane, łatwo
się nimi posługiwać (nawet ciućmokowi takiemu jak ja, ze skłonnościami to
rozlewania wszystkiego i wszędzie).

.png)
Sam proces farbowania określam jako bardzo
przyjemny. Łatwa i szybka aplikacja. Choć bałam się, że może coś krzywo chwycić więc poprosiłam mamę,
żeby pomogła mi z nakładaniem specyfiku z tyłu głowy. Tak jak przypuszczałam,
potrzebne były mi 2 opakowania Castinga do równomiernego pokrycia całości
włosów. Tu lepiej sprawują się pianki do farbowania, gdyż jednym opakowaniem
mogłam zafarbować całą łepetynę. Optymalnie byłoby tak z półtorej, ale tak się nie
da :) Z nałożoną farbą miałam siedzieć 15 minut. Jednak siadłam na Blogi (a
jakże…) no i czas trochę niespodziewanie się wydłużył. Nic nie spływało mi z
głowy, nie śmierdziało bardzo i dlatego zapomniałam, że mam coś na głowie :)
Spłukiwanie koloru – standard. Trzeba wypłukiwać aż
woda będzie czysta, co zawsze mnie wkurza. Jednak wymywało się krócej niż
hennę. Odżywka dołączona do zestawu starczyła mi na dwie aplikacje. Jednak
włosy po niej nie były jakieś super hiper. Ale wierzę, że odżywka spełniła swoją
rolę czyli domknięcie łusek po koloryzacji. Włosy naprędce wysuszyłam i
przeczesałam palcami, także pięknie ułożone to one nie były, ale jak z
koloryzacją?
Moje siedzenie na blogach i przedłużenie czasu
koloryzacji zaowocowało ciemnym, czekoladowym brązem na mojej głowie. O
niesłychanym połysku i ładnym kolorze, ale wciąż – za ciemnym…
Rozjaśniane pasemka
zostały prawie całe pokryte, jednak wciąż delikatnie się odznaczają, co daje efekt takiego
naturalnego zróżnicowania koloru, a la stare pasemka od słońca.
Co się rzuciło
w oczy – skóra głowy nie była zafarbowana!! W przyciemnianiu koloru włosów
irytuje mnie zawsze zabarwiony skalp, który wygląda nieestetycznie. Tutaj nie
było takiej reakcji, co mnie niezmiernie ucieszyło i ogromny plus za to dla
Castinga! Po około 3 myciach kolor się trochę wymył i robił się coraz to
ładniejszy:)
W tej chwili jest wręcz idealny. Czekam wytrwale co
będzie dalej i do jakiego stopnia się wymyje.
Włosy są w świetnej kondycji, nie zauważyłam
przesuszenia, pielęgnuję wciąż głównie szamponami bez SLS, maską Kallosa,
wprowadzając czasem inne produkty.
Nie zauważyłam też mega wzmożonego wypadania, choć
owszem - na początku było to tych parę włosów więcej niż normalnie.
Casting nie podrażnił mi głowy ani nie szczypał
(pomimo, że trzymałam go dłużej) co zdarzało się przy użyciu niektórych farb.
PS. Wszystkie zdjęcia prócz grzywkowych są z lampą, gdyż inaczej kolor wychodził mega przekłamany, a tego nie chciałam. A tak trochę łatwiej porównać :)
*****************************************************************
Łatwa aplikacja
Nie spływa z włosów po nałożeniu podczas oczekiwania
Krótki czas farbowania
Niezbyt intensywny smród
Nie barwi skóry głowy
Przyzwoite krycie
Piękny kolor
Nadanie włosom blasku na długi czas
Nie jest agresywny, nie drażni głowy
Nie przesusza włosów na długości
Równomierne wypłukiwanie się koloru
Cena (zwłaszcza, gdy potrzebujemy 2 opakowań)
Delikatnie wzmożone wypadanie
*****************************************************************
No cóż, dla mnie jest zdecydowanie więcej plusów
niż minusów, choć wiadomo, że kolor to sprawa indywidualna. Pomimo wysokiej
ceny zostałam zachęcona do kontynuacji przygody z Castingiem i na pewno do
niego wrócę na stałe żegnając się z uciążliwą i trudno dostępną dla mnie henną :)
A może miałyście okazję eksperymentować z tą farbą??
Buziaki!