środa, 23 kwietnia 2014

Wróciwszy z polowań



Cześć Dziewczyny!

Jako zodiakalny Strzelec czuję potrzebę zdobywania i dzielnie wybrałam się na łowy w myśl zasady: "Wypłata się sama nie przepuści!" :) W końcu spełniłam swoje małe odzieżowe marzenia, ale też zaspokoiłam chęci i ciekawość w sferze kosmetycznej. Są to rzeczy, które mam już kilka dni/tydzień/cośkołotego i pierwsze wrażenia skrobnę do każdej z nich :)




Okej, zacznę może od Rossmana i zakupów gdy jeszcze nie byłam dzieckiem świadomym przyszłych promocji... Zaopatrzyłam się w idealnego dla mnie nudziaka, którego poszukiwania w Inglocie i Paese mi nie wyszły a tu w Miechowskim Rossmanie znalazłam go za magiczną kwotę 1,99zł. Żyć nie umierać :) Dawno mnie lakier do paznokci tak nie usatysfakcjonował :D Jeśli nie wiecie, to uwielbiam kolorowe paznokcie, wykwintne wzory i piękne malunki rodem z obrazów Picasso, ale... noga jestem jeśli chodzi o zdobnictwo mych własnych szponków. Lubuję się za to w mlecznych, delikatnych kolorach, bo... wizualnie upiększa to moje dwie grabie :D







Chwalony wielokrotnie Eliksir Wibo... Czytałam o nim wiele, nabyłam osobiście dopiero niedawno. Ach, mogła czekać na promocję! Ale znając życie w czasie promocji szminkowej wszystko będzie przebrane... Nie smęcę - kolor to piąteczka - delikatny, nadający ustom taki zdrowy połysk oraz delikatny kolor.... Pachnie ładnie, nie wysusza ust, nie rzuca się w oczy, a jednak zmienia cały makijaż. Mmmm... Dlaczego ja go wcześniej nie kupiłam???








O korektorze w odcieniu "naturalnym" od Maybelline w wersji affinitone mogłyście u mnie przeczytać o tutaj. Pokochałam go miłością tak szczerą i prawdziwą, że nie mogłam się oprzeć i słysząc o promocji na korektory/podkłady i inne natwarzowe rzeczy pobiegłam po numerek pierwszy. Dlaczego? Naturalny nie tylko jest ciemniejszy ale ma zupełnie inny odcień. Zależało mi na czymś bardziej żółtym w sam kącik oka. Sprawdza się równie dobrze jak jego brat :)









Lovely - mineralny róż w odcieniach jak to stwierdził mój Luby - pod pomarańczę :) Faktycznie mamy tu taki odcień ceglastego, taki rozbielony koral i brudną cegiełkę, co razem daje przepiękny efekt. Zakupione z myślą o lecie i dodatku do pomarańczowych ust :) Z pierwszych spostrzeżeń powiem Wam, że świetnie się trzyma na buziaku! O ile mój samorobiony róż w ciągu dnia delikatnie płowiał i się ścierał - ten dzielnie przesiedział na mojej mordce. 






No cóż, były spreje z Joanny, samoróbki, Jantary i Green Pharmacy... Nic jakoś szczególnie mnie nie urzekło... Ale jak zobaczyłam tą nazwę dającą na myśl niepokorne wiosenne wiatry (i nie mówię tu o jajeczno-poświątecznych bąkach!) musiałam spróbować, tym bardziej, że jako jeden z niewielu dostępnych w drogerii nie miał tego złego alkoholu zaraz za wodą.... tylko zwichrzył go dalej pod koniec składu :) Na razie niewiele mogę powiedzieć, prócz tego, że mam nieodparte wrażenie, że to on jest odpowiedzialny za objętość XXL moich włosów w ostatnich dniach :)






Nożyk do brwi z minti.  Stwierdziłam, że skoro chcę zrobić konkurs gdzie nagrodą będą rzeczy z tego sklepu to muszę coś zamówić! Padło na dwie rzeczy - nożyk do brwi był zaspokojeniem mojej ciekawości. Widziałam na vlogach zagranicznych jak dziewczyny tego używały by zapuścić brwi i sama chciałam spróbować co i jak. Faktycznie - ciekawe maleństwo i może nam pomóc jeśli chcemy zapuścić brwi, bo lepiej przycinać regularnie niż wyrywać, bo włoski wydają się grubsze :) Mam plany zrobić eksperyment czy dzięki temu maleństwu można zmienić kształt brwi. Ale na to potrzeba będzie dużo czasu i ... cierpliwości :)



Drugą zachcianką z wspomnianego sklepu on-line był pędzel HAKURO 50S do podkładu. Jeśli chodzi o pędzle - nie mogę złego słowa powiedzieć na mój przewspaniały zestaw z BH Cosmetics. Jednak tamtejszy pędzel do podkładu - taki duży, języczkowy - zupełnie nie umiał ze mną współpracować. Zdziwiona tym, jak to inne dziewczyny chwalą malowanie pędzlem postanowiłam wypróbować i postawiłam na polecane modele. Nawet sobie nie wyobrażałam jak zmieni się cały mój rytuał makijażowy przez tego małego brzdąca!
Drugi pędzelek upolowałam w szafie Essence w Bielsku. Bardzo chciałam nową kuleczkę do rozcierania, ale trochę mniejszą niż mój dotychczasowy puszek. Wiem, że niektóre pędzle z Essence cieszyły się dobrą opinią, ten jak na swoją cenę i jak na pędzelek oznaczony etykietą "awaryjnie" jest okej:)






Kolejną zdobyczą w Essence jest kremowa kredka Big Bright Eye. Wyczytałam o niej w tym wpisie na blogu Lusterka Em i wiedziałam, że CHCĘ. Chcica była jeszcze mocniejsza, gdy podeszłam do kredek, znalazłam tą oznaczoną naklejką "tester" i pomiziałam się nią po ręce. To chyba najmiększa kredka jaką kiedykolwiek miałam okazję dotykać! Jest przemilutka, przefajna i uwielbiam ją całym sercem! Co prawda ja nie lubię kredek na linii wodnej ale kreślam sobie nią na powiekach, rozcieram, łączę z cieniami i mam z nią tyle radości co mało z jakim kosmetykiem :) Byle więcej takich mięciutków! :3



Czaiłam się ładnych parę miesięcy na to trio... Chciałam posiąść ten piękny, matowy granat, jednak dwa pozostałe kolory wydawały mi się zbędne. "Po co wydawać około 17złotych na trzy cienie, z których używać będę tylko jednego?" - takie myśli przywoływały mnie do pionu każąc schować portfel głęboko za każdym razem gdy widziałam owe trio. W końcu przełamałam lody i stwierdziłam, że jak nie ja, to może któraś z Was go zechce i kupiłam. Ale teraz wiem, że nie oddam już nikomu! Wszystkie kolory są przebajeczne, a najlepsze jest to, że... granatu używam teraz najrzadziej :D Aż wstyd się przyznać!




Podczas urodzinowych zakupów dla mamy nie mogłam się oprzeć temu maleństwu... Wraz z mamą uwielbiamy mydełka glicerynowe, a jeszcze jak pięknie pachną to muszą być nasze! :D To akurat boska malina, która umila mi życie w łazience. Hmm... Jedyne co mogę powiedzieć teraz, to że w odróżnieniu do swych braci - mydełek glicerynowych krojonych na wagę, to kółeczko jest malutkie i nie ześlizguje mi się z mydelniczki :) Ach, jak ja bym zjadła malin za każdym razem jak poniucham to mydełko to bym się najchętniej obżarła tak... do pełna!



Powiecie, że same wspaniałości, same cuda na kiju i tym podobne... Nic bardziej mylnego! Wśród tych fajnych mniejszych i większych zachcianek musiała się trafić czarna owca, szkoda tylko że w tak przeze mnie lubianej rodzinie Golden Rose. Szminka w kolorze 126, macana parę tygodni na ręce, chcica wzięła górę, bach! Jest moja. Jak się okazało, macając na ręce nie sprawdziłam zapachu, który strasznie mi przeszkadza. Ponadto szminka jest dla mnie uosobieniem zła i myślę, że zasługuje na osobny post okraszony zdjęciami... Chciałam fajną, intensywną pomadkę do sesji i na wiosenne szaleństwa. Pf...

No cóż, na dzień dzisiejszy to chyba wszystko warte wspomnienia? Co będzie dalej z tymi pierdółkami - zobaczę. Mam w planach jeszcze załapać się na matowego Color Tatoo, ciekawa jestem czy zdążę przed przebraniem szafy Maybelline przez innych? :)
A Wy coś poleciacie jeśli chodzi o teraźniejsze promołszyn?
Buziaki!