niedziela, 26 marca 2017

DR SANTE - słów kilka o tym co na zniszczone włosy kładziem



Cześć Kochani!


Mam nadzieję, że i u Was okres chorób powoli mija i wraz ze słońcem przez szybę przywitamy w końcu wiosnę na dobre :) Ja też już skończyłam swoją paczkę antybiotyku i wracam do żywych zacząwszy od przywróceniu swojego wyglądu do ładu i składu, gdyż ostatnimi dniami mogłabym grać rolę głównego trupka w Walking Dead... bez charakteryzacji :)

Chciałam dziś opisać moją świętą trójcę łazienkową, która od paru miesięcy przyczynia się do pielęgnacji moich kłakenów. Już dawno porzuciłam bezinwazyjną pielęgnację, bez ciepła i tarcia, przez co stan włosów trochę się pogorszył... Trochę... No cóż, źle nie ma, dobrze też, ale przy odpowiednich środkach włosy są w miarę posłuszne i dają się lubić (i układać) :)


No właśnie, zaczęłam używać wałków na ciepło, szczotki prostującej (o której już wkrótce:)) i wciąż farbuję na różne kolory. Co prawda z regularnością w nakładaniu chemii koloryzującej mam problemy, to jednak wszystko to ma swój wpływ na kondycję włosów, które zwłaszcza na długości są bardziej suche i łamliwe. Posłusznie wróciłam do olejowania i masek po każdym myciu, a olejki do włosów noszę w torebce, bo czasem trzeba w ciągu dnia to i owo poprawić i zabezpieczyć.

Wpis ten o tyle dla mnie ważny, że wszystkie produkty wychodzą z tej samej linii Dr SANTE :) Czujecie to jak kiedyś w drogeriach Panie doradzały Wam kupować do odżywki koniecznie szampon z tej samej serii bo tylko on się sprawdzi? :) Tak właśnie się czuję używając całej tej trójki :D Jest to też o tyle nietypowe połączenie, że większość gagatków była moim prezentem! A dwa z nich przyjechały do mnie nawet zza granicy (dziękuję Gala :* ) i choć z rozczytaniem cyrylicy po latach nieużywania miewam już trochę problemy - jestem w stanie rozczytać do czego służą xD


GOTOWE? JEDZIEMY!!!

SZAMPON DELIKATNY
Zacznę może od szamponu, ponieważ jest to produkt, który zawsze towarzyszy mi w pierwszej kolejności. 
Co odszyfrowałam? Zawiera proteiny jedwabiu i masło shea, przeznaczony dla włosów długich i rozdwojonych. Dobra, przyznaje szczerze, że najpierw użyłam go parę razy dopiero potem zaczęłam rozszyfrowywanie hieroglifów na opakowaniu :) Jest to bardzo dobre, bo najpierw sprawdzasz działanie, a potem sprawdzasz co tam Ci pasuje. 
Szampon jest delikatny - zdecydowanie świetny do użytku codziennego. Co któreś mycie używam mocniejszego specyfiku, coby domyć jakieś nadbudowane chemikalia których delikatny szampon nie domyje. Jednak na co dzień szampon od Pani/Pana doktora sprawdza się znakomicie :)
Nie ma problemów z pienieniem, choć dalej najchętniej używam spieniacza do większości delikatnych szamponów, co ułatwia mi ich eksploatację i zwiększa wydajność :) Mówiąc o spieniaczu mam na myśli TEN, który już wspominałam !
Szampon ma bardzo przyjemny zapach - słodki, delikatny ale oczywiściie nie utrzymuje się na włosach. Jednak uważam, że zapach szamponu to równie ważna kwestia po przeżyciach z szamponami ziołowymi, gdzie nie byłam w stanie niektórych w ogóle używać przez specyficzny smrodek:) Tu jak najbardziej zapach jest raczej punktem dodatkowym i pozytywnym.

Co warto wspomnieć? Po delikatnych szamponach loczki ładniej się układają:) Oczywiście najlepiej służy im mycie odżywką, ale szampon delikatny jak właśnie ten również świetnie się sprawdza. 


ARGANOWA MASKA
Hit nad hity ewenement :) Żółta, gęsta maska o przepięknym zapachu <3 Dla mnie zapach jest po prostu słodki i przyjemny, mój małżonek również uwielbia tą woń, ale chyba tylko ze względu na skojarzenie z masą ciasta karpatki :)
W sumie jak się zastanowić, to i konsystencję ma takiej gęstej masy, przez co dość łatwo ją rozprowadzić na włosach.
Kiedy mam czas nakładam ją wtedy przed samym myciem na 20 minut, jeśli czasu brak(czyli zazwyczaj...) kładę maskę arganową na jakieś pięć-siedem minut po spłukaniu szamponu. 
Efekty? To chyba najważniejsze: takie jakich oczekuję od maski - włosy są śliskie, miłe w dotyku i łatwe do rozczesania. Mniej się puszą podczas suszenia i łatwiej mi je później ujarzmić. Wiadomo, maska nie zlepi tego co już się rozdwoiło, ale przez poprawienie ogólnego wyglądu włosów, dodanie im blasku i tego "miłego wykończenia" jakoś na razie obeszło się bez wizyty u fryzjera :)
Być może jest to właśnie spowodowane regeneracyjną siłą "od wewnątrz i zewnątrz" jaką opisano na opakowaniu maski? ;)
Opakowanie głosi, że maska nie zawiera parabenów i olejów mineralnych, choć powiem Wam szczerze - ten produkt też używałam wpierw, dopiero potem zabrałam się za oględziny opakowania, żeby sprawdzić co tak bardzo mi pasuje!


FLUID NA KOŃCÓWKI
Albo po prostu serum, ale na opakowaniu jest napisane cyrylicą fluid, więc tego się trzymajmy :D Tu również pojawia się olejek arganowy i monoi. Ma zadanie zabezpieczać, nadać blasku i wygładzić ewentualnie odstające niesforne końcówki. 


Jest to produkt wykończeniowy, nie oczekuję od serum cudów, ma za zadanie przyjąć na siebie otarcia o szalik i kurtkę, przygniatanie torebką i sprawić, by te suche końce nabrały elastyczności. Dzięki temu właśnie nie łamią się przy każdym pierwszym kontakcie z ciałem stałym. Jak sprawuje się serum Dr Sante? Lepiej niż na medal! To małe plastikowe pudełeczko musi znajdować się w każdej torebce, którą ze sobą zabieram, zaraz obok kluczy od domu, telefonu i portfela. Mam puszące się włosy i choć problem skutecznie udaje mi się minimalizować, to takie serum również się do tego przyczynia dbając o codzienne zabezpieczenie. Nie zliczę ile razy zapinając kurtkę kłaki wpełzły pomiędzy zamek uniemożliwiając nie tylko dalsze zapięcie ale i rozpięcie w celu uwolnienia delikwentów. Te i inne historie staram się tuszować "fluidem", rozczesać, zawinąć na palec i schować w koczka-ślimaka żeby chwilę odpoczęły (no i żebym mogła jakoś zapiąć tę cholerną kurtkę!)


Dodatkowo zawsze używam serum przy stylizacji, albo bezpośrednio po niej jako akcję zakańczającą. Końcówki lśnią, ale nie wyglądają na przetłuszczone. Są wywinięte tak jak chce(albo naprostowane) i wyglądają zdrowiej :) (na poście o termolokach też je widać :) o TU)

AAA!!! I chyba jedno z najważniejszych! Pisałam, że arganowa maska przypomina małżowi zapach karpatki, a to serum jest jego ulubionym zapachem zaraz po moich cukrowych perfumach :) 

Kiedyś wmasowałam w swoje wyprostowane końcówki parę kropli tego serum i podeszłam do mego samca alfa i kręcąc głową zapytałam:
- "No i jak?" - oczekując aprobaty po godzinnym układaniu fryzury(czego nie lubię). A on na to: 
- "No powiem Ci, że bardzo ładne te perfumy, skąd je masz?"...
Także chłopcy i dziewczęta oficjalnie poszukuję perfum o zapachu serum do końcówek :D 
Opakowanie to jajowaty plastik z pompką, typowe dla serum Dr Sante. Miałam już parę wersji, wszystkie w takim samym stylu. Wykończyłam jedną, druga jeszcze skrywa się w łazience.

Jeśli chodzi o serum Dr Sante posiadam jeszcze niebieską wersję Keratynową, która odsłużyła już dość długo, ale nieporównywalnie jej zapach nie dorównuje serum arganowemu :) Działanie zabezpieczające oczywiście bez zastrzeżeń bo nie umiem tego zmierzyć ani zaobserwować. Jednak mając do wyboru  to serum, albo pachnący żółty fluid -zawsze wybieram pachnidełko :) Ten jednak najczęściej ląduje na moich włosach na noc:)




Na chwilę obecną muszę wykończyć stare spray'e ale widziałam, że z tej samej arganowej serii jest również spray do włosów zniszczonych i myślę, że mógłby uzupełnić to niewątpliwie świetnie zgrane trio:)

Wam życzę miłego popołudnia, a ja idę zmyć maskę, bo postanowiłam wykorzystać czas na klepanie w klawiaturę i trochę nawilżyć włosy :) 
Jeśli miałyście ten albo jakiś inny produkt od Dr Sante - wklejcie proszę w komentarzu, chętnie przejrzę Wasze opinie!

Buziaki!
Ola

niedziela, 19 marca 2017

Postanowienia noworoczne - mocznik w kremie

Cześć!


Dzisiaj chciałam poruszyć temat wrastających włosków, a konkretniej zapalenia mieszków włosowych. Jak z tym walczyć i jak zwyciężyć, bo pomimo moich wcześniejszych oporów do poruszania tej kwestii po rozpoznaniu wśród znajomych okazało się, że zagadnienie wcale takie rzadkie nie jest.
Żyjąc na tym świecie dwadzieścia parę lat nigdy nie robiłam postanowień noworocznych. Nie miałam angielskiego w szkole, więc ominęło mnie też tworzenie "New Year's Resolution" więc i tutaj nie mogłam się popisać. Był to zawsze dla mnie sztuczny lament na to co mogłabym zrobić, gdyby mi się chciało, albo kim mógłbym być, gdybym zrobił coś dla siebie zamiast spędzać popołudnia na komputerze/przed TV. Nie chcąc oszukiwać samej siebie i wiedząc jak to się skończy od wieków olewałam to ciepłym moczem i czułam się z tym cudownie :)
Jednak przychodzi taki czas w życiu człowieka( a zwłaszcza człowieka płci żeńskiej) kiedy zaczyna zauważać pierwsze zmarszczki, kiedy skóra nie jest tak cudownie gładka jak kiedyś, a i kac dokucza bardziej uciążliwie niż dotychczas. 

Tak, był to ten właśnie bodziec, który skłonił mnie do stworzenia w styczniu swojej listy postanowień na 2017 rok. 
Wśród nich znalazło się parę nawyków zdrowszego żywienia(jedzenie fast foodów 7 dni w tygodniu odpada, bo przy ośmiogodzinnym siedzącym trybie pracy nawet mój genialny metabolizm oszalał i po dwunastu latach stania w miejscu wskazówka na wadze w końcu ruszyła ku górze!) jak i pielęgnacji oraz ruchu...

O ruchu może innym razem, a na pielęgnacji skupię się dziś, bo przecież miało być o tym jak leczyć zapalenie mieszków włosowych? 
Co to? Jak i gdzie?
Przede wszystkim należy wiedzieć, że zapalenie powodują głównie bakterie i jest to ustrojstwo, które niezwykle szybko rozprzestrzenia się pomiędzy sąsiadującymi mieszkami. Przypomina podrażnienie po goleniu, jednak podrażnienie smarowane kremem, lub maścią z witaminą A zniknie, a zapalenie zostaje na dłużej. Zapalenie mieszków może pojawić się w każdym miejscu owłosionej skóry ciała, głównie tej narażonej na urazy mechaniczne, czyli miejsca które golimy(i od razu nasuwa mi się filmik z teleturnieju prowadzonego przez Krzysztofa Ibisza i pytanie pt.: "CO GOLIMY?" :D )


W wielu przypadkach, jak i u mnie można zaobserwować takie zmiany skórne zimą, kiedy skóra nie jest eksponowana na słońce. Jednie opisują, że zapalenie mieszków włosowych swędzi - mnie nic nie swędziało, jedynie irytujące są wyczuwalne krostki na nogach, które aż się proszą, żeby coś z nimi zrobić... A tego roić nie wolno, bowiem jakiekolwiek wyciskanie, ruszanie czy nakłuwanie łatwo pomaga rozprzestrzeniać się bakteriom. 
Terapia
Na dzień dobry mówię, że żadne okłady z herbaty nie robią nic :) Prócz dokładnej dezynfekcji narzędzi zbrodni przed każdym goleniem należy też szczególnie dbać o czystość "zaatakowanych" miejsc. Doraźnie dał radę Tribiotyk, gdy zmiany są powierzchowne, ale generalnie w większości głębszych zmian trzeba sięgnąć po antybiotyk. Doustnie, czy też miejscowo na zmienione chorobowo miejsce - ja akurat miałam w formie maści punktowej, ale podobnież zależy to od efektów i typu zapalenia. Zmiany powoli ustają więc....

Na przyszłość

Warto uzbroić się w krem z mocznikiem. Koniecznie wysoko w składzie, a niech będzie go więcej! Śladowe ilości i nie dadzą rady. Dlaczego mocznik? Zmiękcza on naskórek i umożliwia zgolonym włoskom łatwiejsze wydostanie się "na zewnątrz". Na początek po kuracji antybiotykowej traktowałam skórę kremem o wysokim stężeniu mocznikowym z apteki, który śmierdział, lepił się dość długo po nałożeniu i ciężko rozsmarowywał. Jakkolwiek nie umniejszam jego zasług w zmiękczeniu skóry zdecydowanie chciałam znaleźć zamiennik, który będzie dawał dobre efekty na skórze, będzie ogólnodostępny i nie będzie waniał smrodkiem :) 




Tu swoje miejsce znalazło masełko do ciała Vis Plantis. Generalnie zaprzyjaźniłam się z serią i wie o tym każda osoba, która miała okazję malować się u mnie w ciągu ostatnich lat :) Ich żel micelarny na stałe towarzyszy mi w kosmetyczce i jest kosmetykiem multi-tasking, więc i tu miałam nadzieję, że dobrą współpracę. 
Co najbardziej kusi w masełku? Mocznik wysoko w składzie, który naprawdę działa i to działa odczuwalnie. Skóra jest milsza, nawilżona i przyjemna w dotyku. 
Masła używam nie tylko na problematyczne okolice po antybiotyku, ale też do całego ciała :) Pomaga utrzymać równowagę bez "sypania" i suchości również w miejscach, gdzie osoby tak jak ja posiadające bardzo suchą skórę mają problemy w nawilżeniem. Mowa tu o miejscach szczególnie narażonych na ciągłe obtarcia, jak miednica(pas spodni) oraz pod poniżej pachy(pas stanikowy).  





Efekt? Nie mogę pokazać przed i po, ponieważ efekty są wyczuwalne rękami, mniej widoczne okiem, czy aparatem :) 

Masełko jest kremowe, ale też "treściwe", dobrze się wchłania pozostawiając skórę nawilżoną i pachnącą. Używałam go też sporadycznie jako krem do rąk w pracy(koleżanki też się skusiły:D) i po powrocie do domu skóra była naprawdę milsza tam gdzie przedramię załapało się na pracownicze smarowanko :) Niestety ciągłe mycie rąk zmyło warstwę ochronną z dłoni, ale reszta wciąż pozostawała miękka - i nie tylko ja czułam różnicę :) Wierzę, że jest to zasługa mocznika zawartego w masełku i ze względu na dobroczynne działanie, będę się go kurczowo trzymać!
Masełko jest dostępne w paru wersjach - moja to olejem monoi i algi, która pomimo świetnej wydajności powoli sięga dna. Wszystko przez wzmożoną eksploatację, gdyż zaraz po antybiotyku potrafiłam zgodnie z zaleceniami farmaceuty smarować się dwa razy dziennie! W mojej lokalnej drogerii są wszystkie wersje, jednak nie ma próbek, więc kolejnym strzałem do wypróbowania przypuszczam będzie olejek kameliowy i wiśnia :3


Mam nadzieję, że systematyczność w pielęgnacji przyczyni się do całkowitego zażegnania kłopotu zapalenia mieszków i również po lecie nie będzie to już dłużej moim zmartwieniem :)


Nikomu nie życzę zapalenia mieszków, ale skoro ja dałam sobie z nimi radę po tylu latach ich "olewania" - warto wziąć się za nie porządnie i pielęgnować na bieżąco :)
Ściskam!

wtorek, 28 lutego 2017

Termoloki - odhaczone z listy must have!













Cześć wszystkim!



Świadoma swego lenistwa jak i mając na uwadze coraz bardziej absorbujące popołudnia zdecydowałam się wrócić do swojego blogowego świata :) Wybiłam sobie już dawno z głowy ambitne pisanie parę razy w tygodniu, ale na pewno będę wracać z jakimiś ciekawymi recenzjami. Kurde, skłamałabym mówiąc, że tak naprawdę to wcale nie chce mi się rzygać wchodząc na komputer w domu, po tym jak przez 8 godzin w pracy gapie się w ekran monitora...


No więc co mnie do tego skłoniło?
A no ostatnio złapałam się na tym, że szukając opinii na temat peelingu szukałam recenzji właśnie na blogach, jakoś tak mając na uwadze, że dziewczyna, która taką notkę tworzy nie różni się wiele ode mnie :) To tak bardzo w moich oczach zawsze podnosiło obiektywność opinii i do tej pory często sięgam po Wasze wrażenia odnośnie danego cacka/kosmetyku/lifehacka na blogi.

Ponieważ ja w swój mały skrawek internetu włożyłam dużo serca, czasu i wysiłku na pewno kasować go nie będę, a mogę jedynie wzbogacić o jakieś nowinki, które zasilają mój skromny arsenał w bitwie o piękno :) A znalazło się takowych ostatnio niemało!

Dziś na tapecie termoloki!
Nie wiem, czy mogę je zaliczyć do zachciewajki, czy już może podchodzą pod miano marzenia? Po prostu jak zobaczyłam moją Gabrysię po stylizacji na termolokach - postanowiłam, że nie spocznę, póki sama takich sobie nie wyhoduję! Albo ewentualnie sobie nie kupię...


Jakoś tak po wakacjach udało mi się zebrać parę groszy i w końcu je sobie sprezentowałam :)
Zdecydowałam się na REMINGTON, bo marka znana i lubiana, cena była przyjemna a wysyłka darmowa. Interes oczywiście znaleziony na serwisie aukcyjnym(gdzie porównałam sobie najbardziej interesujące mnie oferty i w końcu wahałam się jedynie pomiędzy Babyliss a tym) i całościowo wyniósł mnie całe 149złotych. No i dobra, teraz czy był tego wart?



Moja skrzynka(tak, jest to dość duża plastikowa skrzynka) mieści w sobie 20 wałków pokrytych miękką, czarną welurową otoczką. 12 wałków jest większych, dzięki których można uzyskać grube loki, albo po prostu nadać trochę objętości. 8 pozostałych jest trochę mniejszych - skręt uzyskany przy ich pomocy jest dość znaczny. 

Nie będę pisać epopei, ale wypiszę parę punktów o których z pewnością warto wspomnieć.

1. Każdy wałek ma swój klips i mówiąc klips mam na myśli plastikową klamrę, która docelowo znajduje się na nagrzewanym wałku i również się nagrzewa. Także zawinięty włos jest grzany od wewnątrz - od wałka ale i też z zewnątrz - od plastiku. 
2. Wałki znajdują się na nagrzewającej się, metalowej szynie. Każdy wałek ma rozcięcie po długości, dzięki któremu bez problemu na tejże szynie można go umieścić do nagrzania. Większość dostępnych na rynku termoloków jest "nasadzana" na nagrzewające się szpikulce i wałek nie ma żadnego przecięcia po swojej walcowej powierzchni. Tu jednak spotykamy się z tym nieszczęsnym rozcięciem. Dlaczego nieszczęsnym? A no bo gdyż abyż ponieważ niestety, odznaczam to jako duży minus, ponieważ podczas ściągania termoloków włosy najzwyczajniej w świecie włażą w ten rowek i szarpią się przeokropnie.



3. Czas nagrzania jest świetny - już po 5 minutach można spokojnie zakładać wałki, a im dłużej trzymamy tym jest goręcej! Do zestawu producent dołączył rękawiczkę, którą każdy normalny człowiek pewnie by używał gdy plastik w termolokach staje się nie do utrzymania... A ja po prostu zwilżam place nawilżaczem typu ślina i próbuję szybko zaaplikować rolkę w swe kłaki :) Od dawna nie mam pojęcia gdzie jest moja rękawiczka, nie znalazła zajęcia zamiennego, pewnie gdzieś leży zawieruszona wśród pojedynczych skarpet :D
4. OGROMNY PLUS to niesamowity wpływ termoloków na połysk. Najdziwniejsze jest to, że wałka nie trzeba trzymać żeby wywołać błysk na włosie - wystarczy nagrzanym wałkiem potrzeć włosa od nasady w dół, ot takie cuda :)
5. Uwaga na odgniecenia! Jeśli zakręcamy włosy po samą nasadę to może się pięknie odgnieść :D

Instrukcja użycia łatwiejsza niż lokówki : rozgrzewamy, zawijamy, czekamy i ściągamy! Najlepiej oczywiście zawijać z góry, no i uważać na grzywkę - na niej najbardziej będzie widać ewentualne odgniecenie :)





Ok, przyznam szczerze, że od wielu lat nic się nie zmieniło i nie mam serca wstawać rano, żeby cokolwiek ze sobą robić :D Dlatego też najczęściej zakładam termoloki przed spaniem na około 15-30 minut. Generalnie włosy wtedy są bardziej lśniące, nie puszą się aż tak, a końcówki są ładnie wywinięte. Po nocy w standardowym koczku prezentują się na co dzień zazwyczaj tak jak na środkowym zdjęciu poniżej :)


 Oczywiście przy dłuższym nagrzewaniu skręt robi się naprawdę ciekawy i przy odpowiednim ułożeniu i utrwaleniu robi się nam fryzura weselna :D Jako fanka nieskomplikowanych fryzur jestem za burzą loków! :)
No i oczywiście po założeniu na naolejkowane włosy całość szybciej się rozprostowywuje, wygląda naturalniej i błyszczy jeszcze bardziej :3 Lubię to bardzo!

No i cóż, podsumowując przyznaję, że termoloki to bardzo wygodna sprawa i jestem bardzo z nich zadowolona. Zdecydowanie wpłynęły na coś, co od zawsze było moją bolączką - czyli połysk włosowy. Używam ich regularnie od chyba października i jeśli chodzi o zniszczenie włosów to chyba jest ono znikome? Przynajmniej nie zauważyłam, żeby moje końcówki rozpadały się szybciej ani też wolniej niż standardowo... Bardzo lubię w nich to, że gdy zakładam termoloki zaraz po myciu włosów na wysuszone kłaki końcówki będą podkręcone do następnego mycia bez używania lakieru. Warto jednak zaznaczyć, że moje włosy są bardzo podatne na wszelkiego rodzaju skręcanie i wykręcanie. 

Natomiast wałki założone na dwudniowe, przyklapnięte włosy dają super objętość i odbijają przyklapnięte włosy od nasady :)

"Gdybym wiedziała to co wiem teraz..." 
Na pewno wybrałabym trochę inne termoloki - nasadzane na szpikulce, ponieważ te rowki w moich osobistych naprawdę potrafią napsuć krwi przy ściąganiu, kiedy wplątają się w jakichś dziesięć zamotanych włosów na karku...

Nie wiem czy miałyście do czynienia z termolokami, jeśli macie  na nie chęć, a jeszcze się wahacie pomiędzy kupić a nie kupić - zdecydowanie polecam! :)
Ściskam Was mocno!

wtorek, 1 grudnia 2015

Dobrze kryjący korektor pod oczy - wieloletnie wyzwanie


Cześć Dziewczyny!

Cienie pod oczami są moją zmorą i kompleksem numer jeden odkąd tylko pamiętam, zaś wspomnienia prawdziwie MOJEGO pierwszego kosmetyku(nie podkradzionego mamie:)) kręcą się wokół korektora, którym mogłabym je zniwelować. Było to tak dawno temu, że ciężko mi dokładnie określić datę, ale z pewnością były to lata panowania katalogowych produktów kosmetycznych, które szerzyły się wśród naszych mam niczym epidemia. Wtedy to dostałam swój pierwszy korektor antybakteryjny, który śmierdział miętą, miał w sobie jakiś trupio-szary pigment i przeokropnie wysuszał. Pomimo swego przeznaczenia ściśle określonego przez markę jako wysuszający wypryski i niedoskonałości kładłam go namiętnie na okolice oczu nie zważając na szczypanie i czerwieniące się oczy, tylko ciesząc się z efektu delikatnego zamaskowania swojego życiowego kompleksu.

I tak rynek się zmienił, firmy kosmetyczne oferują nam szeroką gamę barw i odcieni korektorów o różnorakim przeznaczeniu, wykończeniu, właściwościach a także formie wprowadzając coraz to nowe wynalazki jak kamuflaże i pasty koloryzujące. Dziś chciałam skupić się na korektorach w formie płynnej, które uważam za dobre, lub naprawdę dobre jeśli chodzi o ich zachowanie w okolicach oczu.

Trzy gagatki, które mam przyjemność porównać to:
1. MAYBELLINE Affinitone nr 1 Nude Beige
2. REVLON Colorstay nr 02 Light
3. CATRICE Liquid Camouflage nr 010 Porcelain


Na wstępie zacznę może od korektora Maybelline, gdyż był dla mnie odkryciem pod koniec 2013 roku. Uznałam go za najlepszy korektor, który przetestowałam w prawie każdych warunkach i utrzymywałam się w przekonaniu, że znalazłam "tego jedynego" w kosmetycznym świecie :) Mój kuferek zasiliły trzy kolory tego maleństwa, który poprawiał mankamenty urody o każdej porze roku przy każdym odcieniu opalenizny. Moje pianie nad jego wspaniałością możecie poczytać chociażby tutaj. Jednak po tak długim związku coś zaczęło się psuć. Co jakiś czas moje oczy reagowały szczypaniem, gdy tylko zaczęłam nakładać korektor, a całkiem nowego opakowania odcienia nr 2 w ogóle nie byłam w stanie aplikować, gdyż dopadała mnie łzawica.
Boje się kupić kolejne nowe opakowanie obawiając się, że reakcja będzie taka sama, a mój ukochany korektor zrobi mi tylko krzywdę...
MAYBELLINE Affinitone concealer
Cena: 20-30 zł
Pojemność: 7,5 ml


Drugim nabytkiem okazał się Revlon kupiony przy jakichś chaotycznych zakupach. Parę dni wcześniej dałam się namówić w drogerii na korektor z Paese, który kompletnie nie dawał rady z sińcami pod oczami, więc wracając przez Galerię Krakowską upolowała korektor z serii Colorstay. 
Jest delikatny, ale dość dobrze kryje. Nie obciąża i ma bardziej "mokre" wykończenie (affinitone przyzwyczaił mnie do bardziej satynowego:)) Odcień 02 ma żółte tony, przez co dobrze sprawdza się pod oczami. Jeśli chodzi o trwałość - przypudrowany daje radę cały dzień, nie "kluszczy" się ani nie waży w trakcie dnia. Dużo mniej podoba mi się efekt jaki nim uzyskuje od Affinitone, ale doceniam mniej obciążające właściwości. Ogólnie jest ok, choć cena moim zdaniem jest jednak za wysoka. 
REVLON Colorstay concealer
Cena: 40-50 zł
Pojemność: 6,2 ml


Odkryciem ostatnich miesięcy okazała się płynna wersja kamuflażu od Catrice, czyli po prosu jak sam producent stwierdza: korektor o wysokim poziomie krycia :) Nie miałam w swoich zbiorach wersji słoiczkowej, gdyż podłapałam inny kamuflaż, który mnie zaspokoił, ale na płynną wersję kultowego kosmetyku musiałam się skusić. Nie widziałam nigdzie stacjonarnie, więc zamówiłam online. Na początku kolor mnie przeraził, bo jest bardziej blado-szary niż moje dotychczasowe korektory. Jednak zauważyłam, że nabiera koloru i utlenia się delikatnie zmieniając kolor, przez co idealnie stapia się ze skórą. 
Nie będę się rozgadywać - bez żadnego wahania mogę go nazwać ulubieńcem roku:) 
Nie obciąża, ma piękne, satynowe wykończenie, doskonale stapia się ze skórą jednocześnie zapewniając bardzo dobre krycie bez efektu częściowo "zamalowanej" twarzy w newralgicznych punktach(czyt. pod oczami:)), dobrze radzi sobie też z niedoskonałościami  :) Minusów nie odnotowałam, prócz słabej dostępności stacjonarnie, ale teraz i tak wszystko można dostać w sklepach internetowych bez łażenia po drogeriach, więc ten minus się nie liczy :D Zapach niespecjalnie przypada mi do gustu, ale dzięki Bogu nie utrzymuje się na skórze i nie zawraca mi nosa.
Catrice dostaje ode mnie szóstkę z plusem za stosunek jakości do ceny!
CATRICE Liquid Camouflage High Coverage concealer
Cena: ~20 zł
Pojemność: 5 ml

Porównanie efektów - polecam kliknąć, żeby się powiększyło :)
NIE wiem, czy do końca na zdjęciach widzicie o co mi chodzi dokładnie  - zdecydowanie Catrice daje najlepsze krycie i niweluje sińce oraz drobne plamki, którymi mam ozdobioną całą twarz. Z drugiej strony Revlon daje bardzo naturalny efekt takiej "niedopracowanej" twarzy i również z chęcią po niego sięgam. Jeśli jednak mam być szczera - wiem, że za tą cenę jest to moje pierwsze i ostatnie opakowanie :)

Korektory płynne to temat rzeka, ja zraziłam się do wersji pędzelkowych i wolę badać te gąbeczkowe. Dzisiejsze trzy propozycje uważam za naprawdę godne polecenia, jednak uczciwie walkę o pierwsze miejsce zdobywa Kamuflaż w płynie Catrice swoją trwałością, wykończeniem, kryciem i ceną.

A może macie jakiś korektor w płynie do polecenia dla korektoromaniaczki? :)
Buziam!

piątek, 27 listopada 2015

1/6 roku bez internetu :)


Czeeeeeeeeeeeeść!!

Czuje się jakbym zakładała jakieś ulubione ubranie, które zagubiło się gdzieś w czeluściach wielkiej szafy. Po całej nieprzyjemnej sytuacji z "pracą" u zboczeńca chciałam zaszyć się pod ziemię i nie pokazywać nikomu na oczy. Proces odcięcia uskuteczniała szybka przeprowadzka, która zafundowała nam dwumiesięczny brak internetu. W przypadku, gdy jest się człowiekiem, który wiele lat temu odpiął od siebie kabel z przekazem telewizyjnym, a radia słucha z open.fm brak internetu jest jednoznaczny z ograniczeniem źródła informacji  do minimum. 

Jak tak żyć?
Ano da się... Jednak trzeba się przygotować na następujące ekscesy:
- na pewno nie dowiesz się o zaręczynach na Haiti Twojej koleżanki...
- o zamachach, rozbojach i prawdopodobnie o wybuchu jakiejkolwiek wojny dowiesz się z parudniowym opóźnieniem... przypadkiem... w kolejce w mięsnym...
- jeśli "uwielbiasz" tak jak ja pisać na dotykowym ekranie to przekonasz się na własnej skórze, że kupowanie przez internet w komórce jest wygodnie...tylko teoretycznie...
- okaże się, że z tych książkowych przepisów można ugotować równie smacznie.
- co robić z wolnym czasem? 

Ostatnie zaczęło doskwierać niedawno, gdy skończyliśmy remonty i urządzanie się i po powrocie z pracy zaczynałam się zastanawiać: "co by tutaj zmajstrować?"
A no właśnie! PRACA!
Jeśli chodzi o socjalizację poza granicami wirtualnej społeczności Małż zmobilizował mnie do ruszenia dupy do ludzi i poszukiwaniu zajęcia. W zasadzie, nie cofnęłabym chyba tych niemiłych zdarzeń, nawet gdybym mogła, wyznając zasadę, że każde przeżycie coś w nas kształtuje i być może bez niego nie byłoby czegoś następnego? 

Tak też znalazłam pracę wśród naprawdę wspaniałych osób, gdzie naprawdę z chęcią wstaje się rano i jedzie podwijając rękawy w gotowości do roboty!
No dobra.
Rano nigdy nie wstaje się z chęcią :D 

Jeśli chodzi zaś o pana zboczeńca:
1. Wiem, tylko tyle, że dostał mandat z inspekcji pracy za zatrudnianie bez umowy.
2. Wysłał mi świadectwo pracy i parę stów bo niby pół etatu, bla bla bla...
3. Mogłabym walczyć o resztę, ale nie mam siły oglądać tej mordy, więc idę do przodu!!

A ja?
Ja jestem najszczęśliwszym potworem na świecie w swoim małym, coraz przytulniejszym mieszkaniu...z Nim :)


Cotton ball'e z Biedronki dobrych kilka pierwszych dni były najładniejszą i najmilszą rzeczą w mieszkaniu gdy się wprowadziliśmy:) Idealnie komponowały się z materacem na ziemi i wieczornym winem. Zestaw zasługujący wręcz na miano trio exclusive :)


Z jedzeniem było ubogo(jak i z finansami) ale zawsze można było liczyć na pobliską piekarnię, zamrożone najróżniejsze potrawy od rodziców no i oczywiście niepodrabialny rosół teściowej :) Przeżyliśmy, z głodu nie umarliśmy, a ja wręcz przytyłam 4 kilo :D 


Obecnie wynieśliśmy się z podłogi w pokoju gościnnym i mieszkamy w pokoju który widzicie wyżej i stąd właśnie do was klepię na klawiaturze :) Co prawda wystrój jest już nieco inny niż na załączonym obrazku, no i są meble, łóżko i inne pierdoły sprawiające, że wnętrze jest przytulne i ciepłe :) Pomimo, że mieszkanie nie wymagało remontu stwierdziliśmy, że jakiekolwiek zmiany najlepiej wprowadzić na początku - gdy nie było tam nic i można było swobodnie manewrować narzędziami.
Albo tak jak ja podczas PMS - zedrzeć z nerwów tapety w dwóch pokojach:)

Mam nadzieję, że odbiornik wi-fi, który wdzięcznie miga do mnie bladoniebieskim światełkiem umożliwi mi powrót na pełnych obrotach do blogowych przyjemności:)
Dziękuję za wszystkie słowa otuchy pod ostatnimi wpisami!
Buziam!

Olo

wtorek, 8 września 2015

Smoky eye jako makijaż dzienny



Choć makijaż typu smoky kojarzy się raczej z wieczorową stylizacją, zgrabnie podpiętymi włosami i elegancką kreacją wcale nie trzeba go rezerwować tylko dla tych wybranych okazji. 

Dziś krótko o tym, jak wrzucić smoky na oko w makijażu dziennym, żeby nie wyglądać zbyt wieczorowo, ale wciąż wydobyć ten charakterystyczny efekt przydymionego oka.

Osobiście uwielbiam ten rodzaj makijażu jako dzienniaka i decyduję się na niego niezwykle często(zazwyczaj gdy gdzieś zaśpię i nie mogę znaleźć eyelinera :D ) bo przy odrobinie wprawy całość zajmuje mniej niż 15 minut i minimum kosmetyków!

A więc zakładając, że faktycznie czasu mamy niewiele - nie kombinuję z makijażem odwróconym tylko rozprowadzam cienką warstwę podkładu, starannie nakładam korektor pod oczy i na powiekę zamiast bazy(a co mi tam!), starannie przypudrowując całą twarz. Podkreślam kształt brwi i chwytam dwa cienie - a ściślej mówiąc dwa odcienie brązu - piękny, uniwersalny Go, Charlie Brown! od Catrice i Bark z paletki Sleeka Au naturel. Bark jest ciut ciemniejszy a jeśli nałożymy go wilgotnym pędzlem równica w kolorze będzie ciut wyraźniejsza. 




CZTERY KROKI DO DZIENNEGO SMOKY

1. Krawędzie + wypełnienie
Najpierw zaznaczam sobie krawędź cienia pracując "na otwartym oku" i szurając mięciutkim pędzlem w załamaniu górnej powieki. Można tak do znudzenia, jeśli pędzel jest milutki :) Potem tym samym puchaczem nakładam cień na całą powiekę ruchomą rozcierając wszelkie niedociągnięcia, starając się jednocześnie nie wyjeżdżać poza wyrysowane wcześniej granice.

2. Linie do rozmazu
Następnie w ruch idzie ciemniejszy brąz i skośny pędzelek zmoczony micelem, fixerem, albo wodą. Maluję nim kreskę wzdłuż linii rzęs i pomiędzy nimi. Następnie podkreślam załamanie powieki tak aby w zewnętrznym kąciku łączyło się z moją kreską. Dolną linię rzęs też niedbale podkreślam. Na koniec wszystko delikatnie rozblendowywuje puchaczem :)

3. Trochę jaśniej tu i tam
Żeby nie było monotonnie trochę białego cienia nakładam pod łukiem brwiowym i w wewnętrznym kąciku oka. Mnie zależało na macie totalnym, więc biały cień również wybrałam w wersji matowej :)

4. Podkład na rzęsy
I ostatnie kroki - baza pod tusz, szybkoschnięcie i nałożenie tuszu. Voila!! Oczy gotowe!

Poniżej wklejam film jak to co nabazgrałam wygląda w praktyce. Nie trwa to tak szybko, ponieważ zamiast malować się przed lusterkiem lampię się w lcd aparatu, co utrudnia sprawę, ale było zabawnie :) Dodatkowo pogoda typu słońce-burza-słońce zmusiły mnie do użycia lampy, więc w pewnym momencie światło ulega totalnej zmianie... HELLO Autumn!! 



Po tym pozostaje jedynie wyszmaglować usta, najlepiej na neutralne, naturalne kolory i dzienny smoky gotowy.

DLA KOGO?

Smoky w wersji delikatnej/dziennej jest tak uniwersalne, że pasuje KAŻDEMU. Jedyne na co trzeba zwrócić uwagę to odcień brązu. Jasne blondynki idealnie będą wyglądać w połączeniu jasnego, orzechowego brązu, a jako ten ciemniejszy akcent brązu o ton, dwa ciemniejszego. Osoby o cieplejszym odcieniu skóry mogą postawić na odcienie bardziej rude i łączyć z rozcieraną, czekoladową kreską. 

Makijaż świetnie wydobywa kolor, uwielbiam jak wysysa z moich oczu niebieski kolor, który zazwyczaj zjadany jest przez szarość. Nie dominuje, Gdy mocniej przypudrujemy twarz uzyskamy efekt bardziej "wycacany", natomiast przy np. użyciu samego korektora fajnie wydobywa u osoby maloewanej nastoletni urok i świeżość. 




Pomimo, że kocham kreski, ten makijaż jest świetny do zdjęć zwłaszcza czarno białych. Przyciemnione oko nie wygląda na przerysowane, ale wciąż wymodelowane cieniami, wyraźnie widać rzęsy, które są najciemniejszym elementem makijażu i kształtują oko. 

_____________________________________________________________________________

PS. I tu też chciałam Wam podziękować za wszystkie rady dotyczące niefortunnej sytuacji z molestowaniem :* Sprawa idzie do przodu i na pewno tego tak nie zostawię, jeśli macie jeszcze jakiś pomysł co możnaby zrobić - podzielcie się proszę w komentarzu! Większość Waszych sugestii już wprowadziłam w życie ;)

sobota, 5 września 2015

-SZEF MNIE MOLESTUJE!! - Pani coś źle rozumie!


Cześć Dziewczyny!

Po dłuższym namyśle i konsultacji z najbliższymi postanowiłam puścić tekst w sieć. Tekst o najdziwniejszym i najbardziej pogmatwanym epizodzie w dotychczasowym życiu dwudziestoczteroletniej dziewczyny, która tak naprawdę gówno wie o życiu, bo wychowała się w kochającej rodzinie, z dala od patologii. Głównym celem teraz jest rozmowa, bo bez niej problem zniknie i wrócimy do punktu wyjścia udając, że "nic się nie stało". Starałam się zareagować najszybciej jak się dało, choć patrząc po czasie sama nie wiem, czemu zrobiłam to, a nie tamto... Strach przytłacza, zjada rozsądek i racjonalne zachowania. 

JEST PIĘKNIE
Wakacje już w połowie zdążyły przelecieć przez palce, zapisując w moim życiu zakończenie kolejnych dwóch etapów: ostatni rok edukacji i obronę pracy magisterskiej. Jednocześnie wydawało mi się, że w końcu zacznę zapisywać swoje życie od nowa, kiedy to znaleźliśmy mieszkanie marzeń i ostatecznie zapadła decyzja o kredycie i własnym kącie. Zaczęły się usilne poszukiwania pracy, roznoszenie nowego, zmodyfikowanego CV i rozpytywanie znajomych. 

Pewnego dnia zadzwonił telefon.
Jeden z pracodawców do których wysłałam dokumenty zaprosił mnie na rozmowę, po której byłam prawie pewna, że zostanę zatrudniona. Wszystko wpasowywało się w ramy moich/naszych oczekiwań - umowa o pracę, ubezpieczenie, stały dochód... Praca znajduje się około 10 minut od Miechowa,gdzie za niedługo mamy zamiar się wprowadzić. Co prawda branża zupełnie mi obca, bo handel wyrobami drewnianymi, ale zdeterminowana i chętna do nauki - podjęłam decyzję. Jednak mieliśmy już opłacony wyjazd na wakacje, czego nie ukrywałam. Ostatecznie obiecawszy powrócić za dwa tygodnie w pełnej gotowości do podjęcia stanowiska - pojechałam zwiedzać Rzym. 

DAĆ Z SIEBIE WSZYSTKO!
Dwa tygodnie później zostałam zaproszona na godzinę 8 rano, by ustalić szczegóły. Jednak, ku mojemu zdziwieniu i braku ówczesnego przygotowania - okazało się to normalnym dniem pracy. Dziesięciogodzinnym. Zostałam poinformowana, że na okres, gdy będę uczyć się pracy nie podpiszemy żadnej umowy, bo "może się okazać, że to mi nie odpowiada". Ale z zastrzeżeniem, że dostanę wypłacone dniówki w wysokości 60złotych. Stwierdziwszy, że praca może mnie faktycznie przerosnąć(kompletnie nie wiedziałam co to więźba, drewno szalunkowe, ani o co chodzi z impregnacją łat) zgodziłam się na taki warunek. Pracownicy byli bardzo uprzejmi i pomocni, Nie miałam problemów z komputerem, kasą i zarządzaniem dokumentacją w biurze - tego nauczyłam się w pierwszych dwóch dniach. Ogarnięcie całego asortymentu i różnych nazw dla jednej dechy okazało się wyzwaniem. Wyzwaniem, któremu podołałam w niecały tydzień kładąc sobie za punkt honoru nauczenie się samodzielności w moich obowiązkach. 

Dawałam z siebie wszystko, w wolnym czasie ucząc się przeznaczenia różnego rodzaju preparatów leżących na półkach, żeby w razie wątpliwości umieć odpowiedzieć na wszelkie pytania, o jakie potencjalny klient może spytać. Myślałam, że złapałam już większość więc etap szkolenia mogłabym zamknąć i zaczęłam podpytywać o umowę. Moje prośby i pytania jednak były zbywane. Argumenty? 
- porozmawiamy o tym na spokojnie, jak nie będzie ludzi.
Nie było ruchu, to wtedy:
- muszę teraz jechać do Krakowa, pogadamy jutro, dobrze?

Wymagania były coraz większe, zakres obowiązków też, a ku zniecierpliwieniu mojemu i mojego męża żadnej wiążącej decyzji nie udało mi się uzyskać. Nie miałam jednak wielkich podstaw, ażeby nie ufać (tfu!)szefowi, bo pracownicy utwierdzali mnie w przekonaniu, że jest okej. Tak leciały dni, aż do kontroli SANEPIDu, kiedy to szef wystraszył się o nieaktualne zaświadczenia lekarskie innych pracowników. Wtedy to zlecił mi wykonanie badań, żeby móc podpisać umowę, bo jak mnie przekonywał - chce, żeby wszystko było zgodnie z prawem, żebym była ubezpieczona jak się należy itp... Planowałam przeprowadzić wszystkie badania w swoich rodzinnych stronach: pracodawca nie miał podpisanego kontraktu z żadną poradnią, więc decyzja o miejscu należała do mnie. Ja od razu odwiedziłabym najbliższych, których już dawno nie widziałam więc przekonana o słuszności swoich planów zakomunikowałam o tym (tfu!)szefowi. On z kolei zaproponował, ażeby zminimalizować koszty - pojedzie ze mną! Bo musi zawieźć drewno na tralki w okolice Suchej Beskidzkiej, to wracając przejedziemy przez Wadowice bo na jedno wychodzi. 

Nie podejrzewając nic, kierując się oszczędnością(reszta pieniążków które odłożyłam po ostatnim przepracowanym miesiącu-czerwcu zaczynała uciekać na lewo i prawo zostawiając mnie powoli bez grosza) umówiłam się z lekarzem na wizytę oraz z domownikami na obiad. Tak, na obiad, żeby nie wydawać niepotrzebnie pieniędzy w trasie na jakieś hot-dogi albo inne obiady, kiedy mam pod nosem rodzinny, darmowy obiad :)

DZIEŃ W KTÓRYM ZDROWY ROZSĄDEK ZANIKA
W ten dzień przyjechałam do pracy ponad godzinę wcześniej. Wzięłam ze sobą teczkę z kwestionariuszem osobowym, udało mi się też podpisać umowę, brakowało do szczęścia tylko zaświadczenia. Byłam zarejestrowana na 10.30, ale w planach wpierw były sprawy firmowe - żeby dojechać wpierw rozładować towar a następnie do mnie potrzebowaliśmy jakichś 3 godzin. Całe szczęście zdążyliśmy na czas. Badania wykazały, żenie ma przeciwwskazań, abym podjęła pracę na takim stanowisku i z zaświadczeniem pojechaliśmy do mojego domu rodzinnego. Po obiedzie, kawie i opowiadaniu o pracy trzeba było wracać, żeby zdążyć przed 17 z powrotem. 



Droga powrotna jednak wyglądała zupełnie inaczej.
Wszystko zaczęło się po tym, jak (TFu!)szef zaproponował mi przejechanie się jego wozem. Toyota Land Cruiser, którą posiadał miała automatyczną skrzynię biegów. Powtarzałam nieraz, że nigdy takim autem nie jechałam ani jako pasażer ani jako kierowca. Ten ochoczo zatrzymał się na poboczu, żebyśmy zmienili się miejscami. No cóż, wielkiej filozofii nie ma, ale nie jechało mi się za wygodnie, bo co chwilę chciałam sięgać do skrzyni biegów, żeby redukować, więc bez entuzjazmu skwitowałam, że niestety nie dla mnie takie auto i wolę siedzieć jednak z boku. Zatrzymałam się na poboczu, żeby wrócić na miejsce pasażera. (TFu!)szef rozłożył ramiona, żeby mnie przytulić gratulując mi nowego doświadczenia. Czując się niezręcznie ale żeby nie wyjść na niewdzięczną, bo jego auto to jego cudeńko poklepałam go po plecach wydukując z siebie " dziękuję za umożliwienie mi takiej próby". Ten ścisnął mnie mocniej i odrywając uścisk przybliżał twarz do mojej chcąc mnie pocałować.
Moja ręka automatycznie podleciała w kierunku buzi która oderwała się o odskoczyłam jak poparzona. Trwało to może ułamki sekund, ale zamiast pier**lnąć starego capa w twarz wskoczyłam do auta i zatrzasnęłam za sobą drzwi. On wsiadł z drugiej strony udając, że nic się nie stało i rozmawiając dalej.

NIC SIĘ NIE STAŁO
Siedziałam obrócona w stronę okna, bez słowa. (TFu!)szef zachowywał jakby nigdy nic, wręcz stał się jeszcze bardziej natarczywy, chwytał mnie za rękę, całował w nią i ciągnął w swoim kierunku. Potem zaczęło się kładzenie ręki na udzie, brzuchu, ale pomimo mojego odpychania wciąż był natarczywy. Jechaliśmy jakąś dziwną drogą. Mnie okropnie rozbolała głowa, po której kołatało się milion myśli. Pomimo, że mieszkałam w tamtych okolicach 20 lat nie jeździłam takimi ścieżkami. Chwyciłam moją ogromna torbę zastawiając się nią na wszystkie możliwe strony. Nagle z boku usłyszałam komunikat, że on musi się iść załatwić i zatrzyma się tam w krzakach, bo tutaj jeździ na polowania więc zna te tereny, a tu żebym zobaczyła gdzie się chowają jak strzelają do kaczek... 
Zaczęłam trochę panikować, ale udawałam spokój. 
Zatrzymał się przy jakichś stawach mówiąc, żebym wyszła sobie popatrzeć a on polazł w drugim kierunku. Wyskoczyłam z auta, żeby widzieć co się dzieje wokół i nie być osaczoną w aucie. Po mojej bolącej głowie chodziły różne plany - uciekać? Dzwonić do rodziców, męża? Nawet nie wiem gdzie jestem! 


Bałam się, że jak zareaguję nerwowo, to jemu coś odwali, zrobi mi krzywdę, zabije i wrzuci mnie do stawu albo zakopie. Wszystkie najgorsze scenariusze latały mi po głowie, bo miałam świadomość, że najwięcej takich zbrodni popełniają osoby z najbliższego otoczenia ofiary. Cała ta wiedza kumulowała się w mojej łepetynie powodując koszmarny, wręcz odurzający ból. Czekałam aż wróci do auta, ale zamiast tego człapał w moim kierunku. Odchodziłam na bok udając że oglądam staw, starając się zachowywać normalnie, żeby nie sprowokować żadnego agresywnego zachowania. Ten rzucił się na mnie od tyłu i chwycił mocno oplatając rękami. Po paru sekundach trwających wieczność wyrwałam się i zamknęłam w aucie starając się, żeby wyglądało to jak najbardziej naturalnie. Serce biło mi jak szalone...

"SĄ RZECZY O KTÓRYCH LEPIEJ JAK MĄŻ NIE WIE..."
Jechałam jak na szpilkach rozglądając się za znakami drogowymi, żeby wiedzieć gdzie się znajduję. Po moim milczeniu pojawiły się pytania okraszone kolejnym kładzeniem ręki na kolanach i braniem jej do całowania:
- Jesteś zła Oleńko?
- W takich kategoriach bym tego nie rozważała... Nie chcę żeby koś mnie dotykał, prócz Grześka, po prostu mam z tym problem i już przez takie coś przechodziłam.

- Ale ty jesteś taka słodka, piękna laleczka kochana, że bym cię najchętniej schrupał!!!
Moje słowa jakby nie docierały, moja ręka była intensywnie całowana i ściskana.Ale zostawiłam ją, wolałam poświęcić rękę do całowania niż użerać się z jego rękami na moim ciele.
- Są takie sprawy o których lepiej jak mąż nie wie, potem są problemy w małżeństwie, mówię Ci to z serca, z doświadczenia! 
- Ja raczej jestem szczera i mówię o wszystkim mężowi, tego samego oczekuję od niego.
- Choćby był najlepszy to przecież tylko mąż. Ma swoje instynkty i piękna kobieta go pociąga, odda się rozkoszy i to rozumiem. Gdybyś Ty też miała jakieś problemy w domu możesz zostać w pracy robić nadgodziny. Bo my jesteśmy przyjaciółmi Oleńko, możemy rozmawiać szczerze. Myślę, że powinnaś mówić do mnie Zbyszku...
Szczęka mi opadła i zaczęłam wywód, że absolutnie, że nasze kontakty są zawodowe i takie zachowanie nie przystoi, że źle bym się czuła. On dalej miętolił moją rękę ciągnąc:
- Ale wiadomo w niektórych sytuacjach trzeba by zachować takie pozory, ale na co dzień... 

Nie wdawałam się potem w bezsensowne gadki, moralność moja dalece odbiegała od przekonań tego osobnika. Jedyne o czym marzyłam to wrócić do domu, żeby to wszystko się skończyło.

POMOCY!!!! 
Wróciliśmy do zakładu. Beznamiętnie wrzuciłam wszystkie kartki do jednej teczki, położyłam ją na biurku, wpisałam się do zeszytu obecności, który dostałam polecenie prowadzić. W zakładzie zachowywał się inaczej - wszędzie tam są kamery, więc trzeba się pilnować. Wśród pojękiwań (tfu!)szefa, że powinnam mu o wszystkim mówić szczerze  -pojechałam do domu. Wsiadłam do auta i odjechawszy jakieś trzysta metrów wybuchłam płaczem. Jechałam do domu, ale najchętniej zaszyłabym się pod ziemię. Chciałam zadzwonić do męża, ale akurat zaczynał pracę, nie mógł rozmawiać. Od wewnątrz zjadało mnie poczucie winy. Nigdy nie ubierałam ani nie zachowywałam się wyzywająco, ale mimo wszystko miałam takie paskudne uczucie, że to moja wina i powinnam z tym zostać sama. Jednak czułam, że sama sobie z sobą nie poradzę, że mi chyba odbije jak zacznę sama z tym walczyć i postanowiłam wybrać tylko jedną osobę, której o tym powiem. Nagrałam się na pocztę przyjaciółce, która akurat wypoczywa nad morzem ze swoim chłopakiem, prosząc o pilną rozmowę. Wróciłam do domu, zmyłam czarne zacieki tuszu z policzków i wyjechałam autem w pola, żeby nikt inny na całym świecie nie słyszał tej rozmowy. 



Usłyszałam dokładnie to, co ja bym poradziła komuś w tej sytuacji: Uciekać!!! Poczucie winy zmalało, pojawił się ogromny wstyd i strach. Mówić o tym Grześkowi, czy nie? Ubzdurałam sobie, że może lepiej, żeby nie wiedział, że załatwię to sama, że to mój problem, że będzie na mnie zły... Patrząc na to po chwili zupełnie nie wiem skąd takie myśli mogły się w ogóle pojawić? Jednak tak właśnie było i najbardziej racjonalne przekonania nie potrafiły do mnie trafić. 
Skończyłam godzinne rozmowy, w międzyczasie zadzwoniła jeszcze mama. Udawałam, że wszystko jest okej, bo nie potrafiło mi to przejść przez gardło. Najpierw Mąż...

WYMYŚLIŁAM TO WSZYSTKO
Tej nocy nie mogłam spać. Budziłam się co chwilę cała w potach, zrywając się z krzykiem.  "Tak nie może być" - pomyślałam o 4 rano i wstałam. Szybko ubrałam się i niewiele myśląc wsiadłam w auto i pojechałam do męża do pracy. Był niesamowicie zdziwiony moją obecnością, dopytywał co się stało, ale prosiłam go, żeby mi zaufał i pojechał ze mną. Nie chciałam rozmawiać u niego w pracy, bo przeczuwałam, że znów opowiadając zaleję się łzami. Zostawił swoje auto koledze i bez słowa poszedł za mną, choć widziałam, że zaczyna w nim narastać niepewność i zdenerwowanie. Wsiedliśmy do auta i zaczęłam opowiadać zaczynając od słów: "nie będę już tam pracować..." i po kolei jak wyglądał mój wczorajszy dzień. W końcu musiałam zatrzymać się na jakimś zajeździe. Była 6:36. Patrzyłam na niego niepewnajak zareaguje. Dzięki Bogu pomimo ogromnej złości podszedł do sprawy bardzo rozsądnie i skupił się na mnie. Czując Jego wsparcie wiedziałam, że damy radę. Początkowo chciałam jechać sama, jednak zostało mi zakomunikowane, że nie ma takiej opcji, żeby weszła do zakładu pracy sama i idzie ze mną. Poczułam się bezpieczniej. Około godziny 8 pojechaliśmy do mojej(byłej)pracy. Nie było nigdzie(tfu!) szefa, więc jak co rano weszłam do biura po swoje dokumenty, po podpisaną umowę i zeszyt obecności. Po chwili wszedł 
(tfu!) szef, ale ponieważ przyszła jego córka wyszliśmy na zewnątrz. Niestety pięciolatka nie chciała słuchać ani mnie, ani ojca i szła wszędzie gdzie on. Mąż stanął murem obok mnie, gdy dukałam mu, że "PAN przekroczył granice, których się nie przekracza, że tak nie można pracować i krzywdzi innych i ja nie zamierzam tego tolerować." On nagle przestał mi "Oleńkować" i rozmowa nabrała charakteru formalnego. "Proszę Pani", "Pani Aleksandro"... 


Na placu zeszło się ludzi - moi znajomi pracownicy wyglądali z każdego kąta z zaciekawieniem co jest przyczyną porannych nerwów na placu. Opiekunka córki wyglądała z wielkimi oczami chyba najwyraźniej nie wierząc w to co mówię, a dziewczynka patrzyła z kwaśną miną w kierunku ojca, potem na mnie, na Grześka i znów na ojca. 
Ten stary zboczeniec stwierdził, że nie wie co ja sobie ubzdurałam, ale on mi nigdy nic nie zrobił, że w życiu by nikogo nie skrzywdził. To ja sobie coś ubzdurałam, może takie mam fantazje, może coś źle odebrałam, ale on nigdy nic nie zrobił! 
Na koniec dwa hity:

1. Jemu jest przykro, że został W TAKI SPOSÓB potraktowany, jak nie człowiek, że na to nie zasługuje, że sprowadzam tu męża i tak z nim rozmawiam(w międzyczasie wtrącając "mówiłem przecież, żebyśmy o wszystkim szczerze rozmawiali!") i wygonił nas z posesji. Ja jeszcze na odchodne pokazałam mu swój zeszyt obecności pytając czy ma na tyle honoru, żeby mi wypłacić za te trzy przepracowane tygodnie? Wyrzucił nas za machając ręką że nie ma nic więcej do powiedzenia. Rzuciłam zeszytem.

Popatrzyłam tęsknym wzrokiem za chłopakami na placu, chciałam im wyjaśnić o co chodzi. Ten stary pierdzioch na pewno im powie, że chciałam go w coś wkręcić, mam nierówno pod sufitem, cholera wie co jeszcze... 

2. Odchodziłam już w stronę auta ze świadomością że dziś w tym miejscu moje dobre imię zostanie przez niego zrównane z błotem. Grzesiek wsiadł do auta, wtedy on odwrócił się  krocząc w moim kierunku wołał do mnie:
"To rozumiem, że nie przychodzi Pani dziś do pracy?????" z głupim uśmiechem zacierając ręce. 
"Do pracy? Pracowałam jak murzyn za darmo i mam przyjść do PRACY????!!!!!"
Grzesiek wychodził już z powrotem z auta pompując się ze złości. Tamten zdążył już do mnie podbiec, a ja wyciągnęłam umowę i bezceremonialne potargałam mu przed nosem.
"Oryginał też niech pani rwie"- popatrzył przysuwając się do mnie. 
"Oryginału dawno nie ma..." - wsiadłam do auta.

Odjechałam jakieś 10 metrów i zalałam się łzami, a moje ciało rozlało się jak gąbka. Zatrzymałam się na jego pieprzonym wyjeździe, Grzesiek wyleciał, żeby usiąść za kółkiem a ja przetoczyłam się na siedzenie pasażera. Jechałam rycząc jak bóbr zła na to jak mogłam dać się tak wyr*chać, po czym z amoku wyrwał mnie dzwonek telefonu. Na wyświetlaczu pojawiła się ikona z napisem "SZEF Dr*wnolam". Grzesiek kazał mi dać sobie telefon, ale przesunęłam palcem po ekranie w kierunku czerwonej słuchawki. Nie chcę go już nigdy widzieć, ani słyszeć. Zdjęłam okulary żeby wytrzeć czerwone oczy, z całego tego stresu na powrót obudziła się moja arytmia... Grzesiek wyciągnął do mnie rękę i jechaliśmy do domu.

DLACZEGO?
Dalej już tylko dochodziłam do siebie. Zapadła decyzja, żeby powiedzieć o tym wszystkim, których znam. Mam żal do siebie, że nie zdążyłam powiedzieć prawdy innym pracownikom. Jeszcze większy żal mam do siebie, że pozwoliłam sobie zaufać komuś na tyle, żeby dać się wychulać jak dziecko... Że 780 złotych które mieliśmy dołożyć do notariusza poszło się paść i robiłam trzy tygodnie u tego zboczeńca za darmo.
Ale najbardziej boli mnie co innego...
Pracownicy opowiadali mi, że od jakiegoś czasu nikt nie może się tam złapać do pracy na stałe. Że były przede mną dziewczyny, przepracowały tydzień, dwa, jedna parę dni i rezygnowały. Pytałam o to kiedyś (tfu!)szefa, ale mówił, że nie radziły sobie z obliczeniami,  że za długo praca(10 godzin codziennie), że jedna kradła... Wiecie co ja myślę? Kurde, że pieprzony zboczeniec wykorzystuje dziewczyny i czeka, aż znajdzie taką, co będzie na tyle zastraszona, że będzie mu pozwalać na takie zachowania! 
Opowiadam o tym wszystkim komu tylko mogę. Sprawdzam ogłoszenia na portalach pracy, bo wiem, że za niedługo znów pojawi się ogłoszenie. Takie samo na które ja odpowiedziałam...

Rodzina pomaga mi w rzeczywistości uzyskać rozgłos, ja postaram się rozpowszechnić ten tekst jak największej liczbie osób, żeby przestrzec przed takimi sytuacjami. 
Nie jest mi wstyd, nie boje się, dzięki Bogu mam normalnych znajomych, którzy mi pomagają.

Dziękuję, jeśli to przeczytałaś/łeś.