sobota, 16 maja 2015

LEPSZE FOTO: doświetlanie domowe - czy warto?


Cześć Dziewczyny!

Ostatnio w wolnych chwilach(hahahaha...) chwytam z powrotem za aparat szperając przy trybach kreatywnych i próbując poskromić różne techniki na kitowym obiektywie, starając się wyciągnąć "ile się da" z każdego zdjęcia. Ogromną zasługę ma w tym Natalia z jestrudo, którą pewnie znacie, a jeśli nie - serdecznie Was zapraszam :)

Miałam ostatnio niezwykłą przyjemność przejażdżki busem pełnym licealistów, akurat w dzień niezwykle deszczowego czwartku, kiedy to auto zaniemogło i postanowiło rozkraczyć się w najmniej oczekiwanym przeze mnie momencie. Chcąc nie chcąc napłynęła mnie fala niezwykle ciekawych rozmów, a w tym o fotografii jako zajęciu-pasji.

Dowiedziałam się, że aby zainteresować się fotografią trzeba mieć kupę kasy - bo żeby robić dobre zdjęcia potrzebny dobry aparat, lampy, statywy, tła i inne duperele. Bez tego ani rusz... Snująca tą tezę na oko siedemnastoletnia dziewczyna próbowała przetłumaczyć nerwowo kiwającej głową koleżance, ze fotografia to sport dla snobów i osób, które nie mają co zrobić z pieniędzmi. 

Płakać mi się zachciało.

Każdy, kto kocha robić zdjęcia zazwyczaj zaczynał na jakichś pożal się boże cyfrówkach, których liczba megapixeli była kilkukrotnie mniejsza niż w dzisiejszych czasach posiada przeciętny smartfon. Nie od razu ma się cały osprzęt, z którym podbija się świat, bo chcąc zaczynać od sprzętu bez wiedzy można się ostro przejechać (dziś polecę drugi link - Ani, która pisała o podobnym problemie w niezwykle życiowy sposób). Ja zaczynałam na Minolcie Dimage z2, która miała 4mpx, ale dała trzeba było się nagimnastykować, żeby coś STWORZYĆ, pomimo tego rady wciągnąć. Wtedy to nastała era DOŚWIETLANIA, żeby zdjęcie było ostre. ładniejsze i podkreślone we właściwy sposób. 
Wtedy to ja miałam 17lat, zero funduszy i jedynie folię aluminiową pod ręką. 
To wystarczyło i wystarcza do dziś :)

Każdy wie jakie mamy zasoby ładnego światła dziennego w naszym kraju biorąc pod uwagę, że znaczna część roku jest szaro-buro-ponura. Można doświetlać przedmioty używając różnych lamp:
- błyskowej wbudowanej, którą ma większość aparatów,
- reporterskich na gorącą stopkę i nie tylko, z dyfuzorami i bez...
- softboxy, lampy z parasolami odbijające światło...
- ukochane przez blogerki lampy pierścieniowe.

Ja posiadam tylko dwie, których na dodatek używam niezwykle rzadko starając się maksymalnie wykorzystywać światło dzienne. Niech wyznacznikiem rzadkości będzie fakt, że targając ze sobą ostatnio softboxa do Szpinakożercy zdałam sobie sprawę, że wtyczka jest zepsuta(ostatnio używałam go chyba 1,5 roku temu??). Reporterska lampa używana jest tylko na eventach i to wieczornych typu komersy, wesela, święta itepe - ja tam co sobotę na takich nie bywam :)

Najtańszym rozwiązaniem na studencką kieszeń był powrót do folii aluminiowej i jeśli skrzywiłaś się czytając to zdanie - popatrz jaką naprawdę ma ona śMOC :) Wszystkie zdjęcia robione na tych samych ustawieniach z i bez użycia folii :)


Przede wszystkim pięknie podkreśla oko przez co skupiamy na nim uwagę(a to przecież najważniejsze miejsce w portretach:)), doświetla twarz i likwiduje cienie tworzące się m.in. pod nosem, na podbródku. Nawet w gorszych warunkach oświetleniowych da się coś z tym zrobić:) Różnicę można zauważyć na włosach, gdzie odbija się ładnie błysk. Można zwiększyć intensywność padania na jedną ze stron np. popatrzcie na moją rękę po prawej i lewej.


Mówiłam o oku - dodatkowe doświetlenie odbitym światłem jest świetną pomocą w fotografii makijażu - ja akurat na zdjęciach powyżej mam makijaż bylejaki, że to tak nazwę "na zakupy", ale większość zdjęć staram się robić właśnie tak. Różnica fenomenalna - zwłaszcza przy zdjęciach telefonem na instagrama :D (i okropny korektor pod oczy, z którym się pożegnałam po jednym użyciu - widzicie te bruzdy pod oczami???? Fuj.. :D )


Pomimo mody na usta w wersji matowej błyszczyki nie zniknęły z rynku i często są stosowane, żeby podkreślić czyjeś soczyste usta, tudzież ich kolor :) Ni tak pięknie nie podkreśli tafli błysku jak doświetlenie górnej warki od dołu usuwając przy tym jej naturalny cień i równając kolor obu warg.


Odcinając się od człowieka i tego jaki wpływ ma doświetlenie folią na poszczególne elementu chciałam zwrócić jeszcze uwagę na to jak folia aluminiowa działa na przedmioty. Zdjęcie po lewej jest przed oknem i światło pada z lewej strony. Z racji ułożenia pierścionek nie łapał światła, a na tym mi zależało. Z prawej strony doświetliłam pierścionek układając po prawej folię. Nawet widzicie ile czasu mi to zajęło(wraz z przeniesieniem folii z pokoju obok :D) Każde zdjęcie ma swoje plusy i minusy - wszystko zależy od efektu jaki chcemy osiągnąć.

Zdjęcia-selfie z racji tego, że nie mam obracanego wyświetlacza powstają z udziałem lusterka i ich produkcja wygląda jak na lewym zdjęciu poniżej, zegarek fotografowany był w warunkach takich jak po prawej :)



Dla osób, które chcą się pobawić a wkurza ich szelest/giętkość folii aluminiowej:
Składany osprzęt do pracy w terenie/dokładniejszego doświetlania - parę kartek A4 z bloku technicznego obklej jednostronnie folią i sklej razem. TA-DAM! Masz właśnie składany, łatwy do ustawienia zestaw doświetleniowy :D (mam taki, jedynie w drugim domu - jak tam zawitam koniecznie zrobię Wam zdjęcia i wrzucę na mojego fejsbuka :P)
Do fotografowania potrzebne są przede wszystkim CHĘCI i czasem prowizorka w połączeniu z zapałem jest dużo lepsza niż sprzęt za kwotę z trzema miejscami po przecinku. To przyjdzie z czasem:)

A Wy jak sobie radzicie z brakiem światła? Używałyście kiedyś folii? :D

czwartek, 2 kwietnia 2015

Jak nie zwariować we Święta? + pomysły na jajka z sieci i moje :)



Cześć Dziewczyny!


Święta budzą zawsze najróżniejsze emocje - od spokoju i wielkiego oddechu, bo "trochę dni wolnego..." aż po znaną wielu mamom i babciom nerwówki, związane z wiosennymi porządkami (obejmującymi oczywiście calutki dom - od przebierania zawartości szafy, aż po mycie okien), przygotowaniami posiłków i kolorowej zawartości koszyczków, a także wiele innych rzeczy, które nagle stają się WAŻNE. Nie bez powodu żegnając się ze znajomymi z pracy życzyliśmy sobie przede wszystkim spokoju - spokój, Święty Spokój jest w stanie sprawić, że te pstrokate święto będzie przynosiło radość, a nie frustracje i wiosenne pole bitwy rodzinnej :) Ja mam na to tylko trzy sposoby i one naprawdę ratują dupsko... 

1. JASNE ZASADY
Wiadomo, że im więcej osób, które włączają się do pomocy przy przygotowaniach tym łatwiej powinno być. Jednak często zdarza się, że w kuchni podczas pichcenia pyszności można zobaczyć mamę, babcię, dziadka, siostrę a i domowego pupila. Niby głupota - ale wystarczy umówić się na podział obowiązków. Ja nie znoszę pichcić - ale z chęcią umyję okna nie wchodząc innym w drogę :) 
A jeśli jesteśmy zdani sami na siebie, we dwójkę...?
Kiedyś babcia mówiła mi, że nawet najwspanialsza gospodyni nie jest Duchem Świętym i nie zrobi wszystkiego sama. Mężczyźni są dzisiaj na tyle uświadomieni, że warto ich zaprzęgać do pomocy w tym co akurat nie damy rady zrobić. 
Z autopsji jednak wiem, że bez wyraźnego ZRÓB X/Y/Z samiec alfa nie domyśli się, że moje prychanie zachęca go do odkurzenia, a nie jest wynikiem kolejnego przeziębienia :D


2. BEZ SPINY I PATRZENIA NA INNYCH
A jeśli wiesz, że nie ogarniesz wszystkiego na czas, bo musisz jeszcze napisać pracę magisterską, zakończyć rozpoczęte projekty i oddać wszystko na czas?
Leave it as it is:)
Nie ma sensu myć okien na siłę, żeby tylko "były umyte na Święta". Bo co? Jak nie umyjesz okien i nie założysz świeżych firanek to będzie mniej świątecznie? A może sąsiedzi Cię obgadają, że u Was na Święta nikt nic nie robi? Tak wiele się mówi, żeby nie patrzeć na innych i nie przejmować się ich opinią, a tak mało z tego wdraża się w życie :)
Wiem, że nie wyrobię się z wieloma rzeczami przez wcześniejsze zobowiązania, ale nie mam zamiaru podejmować się obowiązków, które MOGĄ (tak, naprawdę MOGĄ!) poczekać. 

3. MAŁE KROCZKI
A jeśli naprawdę chcemy by było cacy warto w to zainwestować czas trochę wcześniej. Przemiana szafy w wersję letnią? Zróbmy to dwa tygodnie wcześniej w wolną sobotę! (PS. Coś takiego istnieje?? :D) Wiele razy słyszałam od rodzicielki, że regularne sprzątanie sprawia, że bałagan jest łatwiejszy i szybszy do ogarnięcia. Dlatego starałam się przez ten rok (no dobra, niecały rok) utrzymywać względny porządek, żeby większe sprzątanie mnie nie przerosło. I prócz tych felernych okien jest naprawdę super :)

dres roboczy +50 do zdolności manualnych, +10 do ochrony przed zabrudzeniami :)

A Z JAJKAMI POMOŻE NAM...
Paula z onelittlesmile - przygotowała super szablon do oblepienia jajek dla tych, którzy chcą mieć coś ładnego i przykuwającego oko na stole a nie mają zbyt wiele czasu :) 
Ja robiłam takie same ręcznie i mam całe zestawy oczu i buziek, które przygotowywałam kiedyś dla dzieci przy okazji nauki o nastroju :) polecam każdemu - jajka wyglądają obłędnie :) Ja nie mam takich fajniastych gadżetów, jakie Paula dodała - te okulary i wąsy dla jajek mnie kupiły, no i - faktycznie są hipsterskie :D

I Wam życzę SPO-KOJ-NYCH Świąt :*

poniedziałek, 16 lutego 2015

GO GO POWER RANGERS! | Transformacja


Cześć Dziewczyny!

Czy wiecie jak to jest, gdy taki mały, złośliwy potworek w Waszej głowie gryzie Wam sumienie i podgryza mózg w miejscu odpowiedzialnym za kreatywność? Pewnie wiecie... Mnie bardzo często gryzł, nawet mój Tata zaczął mówić, że mam w sobie mózgojada (choć chyba on nie mówił o tym potworze co ja... Przynajmniej im się w mojej głowie nie nudziło:)) Ale jest coś takiego, co nie pozwala mi spać,co mnie męczy i dręczy również w dzień - niedoskonałość.

Niewątpliwie nieodłącznym elementem naszego istnienia i działań jest niedoskonałość, a z niej wywodzą się cudowne nauki: dążenia do doskonałości, samodoskonalenia, niedoskonałych, ale wciąż ideałów. 

Ja dążę w wielu - czasami staram się zrobić doskonałe jak najlepsze zdjęcie, czasem chce sprawić, żeby mój makijaż był doskonały schludny i symetryczny... Tak samo z wyglądem bloga. Z założenia miał być różowy. Dlaczego? Cholera wi... Lubię pomarańczowy, ale pomarańczowy mógłby sugerować, że jestem ruda, a to byłaby nieprawda, więc jakoś tak zostałam przy dziewczęcym różu, bo... bo TAK. Bo tak mi się podobało :) Blog przeszedł wiele transformacji i przemian, które zaraz Wam pokażę i opiszę, bo co jak co, ale moja droga do czegoś prostego, przejrzystego i opartego na paru dominujących kolorach była delikatnie mówiąc WYBOISTA. A nagłówki? Same zobaczcie!

Pierwszy robiony z sercem i...
...na przezroczystościach :) Jeśli go pamiętasz - zdecydowanie za długo ze mną przebywasz :D Chciałam w nim pokazać siebie, bo tak bardzo podobało mi się zdjęcie twarzy na głównej u innych... 


Awww, jak słodko!!
Tak, nadziubmy wszystko co oferuje internet na jednym obrazku!!

Boże, za co!
Tego chyba nie chcę komentować...


Upraszczam rzeczywistość
Zaczynam zdawać sobie sprawę, że co za dużo na raz to niezdrowo... Coś dzwoni, ale gdzie i w którym kościele? Nie wiedziałam... 


Różowy guziczek
Mój ulubiony! Jasny, delikatny i wydawał mi się taki... mój. Do tej pory guziczek mi towarzyszy. Jednak nie potrafiłam z nim nic połączyć. Prócz tego, że był sam dla mnie wystarczający - nie tylko on był ważny. No i zaczęło się...

Kombinowanie
A może by tak mniej tego różowego? Gdzieś kiedyś dostałam komentarz, że jak się wchodzi na różowe blogi to są one tak głupie, że głowa boli :D Po nieinteligentnej rozmowie komentarze skasowałam, ale zaczęłam się zastanawiać... Może to nie to?


Nie różowo?
Okej, niech będzie róż, w małym akcencie - pójdźmy w fiolet i niebieskie jego tony.
Wiecie jak to było? Jak założenie przez dresiarza rurek. No po prostu NIE!
______________________________________________________________________________

Chciałam wrócić do guziczka, wydawał mi się najmniej "niedoskonały", ale wciąż nie potrafiłam do niego nic przypasować... I tak jakoś obraz nie zapisał się w .png, przezroczystość zastąpiła czarna plama i mój guziczek na niej wylądował. 
"Jest ok!"
Reszta jakoś poszła, no i w końcu całość jest spójna, klasycznie prosta i taka jak chciałam :) No i punkt pierwszy spełniony... zrobiona po swojemu, ale tylko dzięki radom Hafiji i gimpowi ;)

Mam nadzieję, że Wam się podoba i jesteście w stanie się poruszać bez problemów po stronie. Za wszelkie uwagi z góry dziękuję :)

A Wy prowadzicie porównanie swoich szablonów na przestrzeni lat? Czy wolicie nie patrzeć wstecz :D
POZDRAWIAM!!!!!!!!!

czwartek, 12 lutego 2015

Najprostsza na świecie ramka na zdjęcia DIY


Cześć Dziewczyny!

Robiłam kiedyś ramki z cekinów, które bez problemu przymocowałam na mocniejszej taśmie dwustronnej nakładając warstwowo pasami. Jednak, kiedy przyszło mi wyrzucić przywiezione z wakacji muszelki postanowiłam je jakoś wykorzystać do celów ozdobniczych a ponieważ chciałam podarować bliskim zdjęcie w ramce - postanowiłam stworzyć własnoręcznie muszelkową fotoramkę. Jednak tym razem taśma dwustronna rady nie dawała... Co więc będzie nam potrzebne, aby stworzyć całkiem zgrabną ramkę, którą otoczą muszelki?


Jest parę drobnych uwag co do akcesorium...
1. Pistolet do kleju może się okazać drogim wydatkiem, chyba że... kupimy go na allegro :) Mnie pistolet z ogromną ilością wkładów klejowych wyniósł niecałe 25 złotych :) (Stacjonarnie sam pistolet kosztował ponad trzydzieści!!!) 
2. Najschludniej wyglądają muszle w podobnych kolorach i kształtach. Choć wiadomo - jeśli się posiada mix, to na pewno nigdzie indziej nikt drugiej ramki takiej nie znajdzie :)
3. Zapomniałam wspomnieć o podłożu do pracy! A trzeba się zabezpieczać. Pomijając już, że zabezpieczać się powinno zawsze (:D) to ciągnące się zwały kleju na dywanie/podłodze/gdziekolwiek można zniwelować rozkładając kawałek tektury - tak niewiele a ułatwia życie!:) (ja nie wiedziałam o latającym klejowym babim lecie dzięki czemu miałam poparzone łapy...)

Cóż, generalnie wykonanie jest proste jak świński ogon! :D
Można klej nakładać na ramkę, można na tekturę i maczać w nim muszle(uwaga na palce!), można zacząć od zewnętrznej warstwy muszli, można od wewnątrz. Ważne, żeby z naszej ramki przed pracą wyciągnąć szkiełko. Chyba, że chcemy je przylepić na stałe :)


Drobne niedociągnięcia i ewentualne nadmiary kleju szybko znikają w na-muszelkowym oczopląsie. Ramka prezentuje się naprawdę zjawiskowo, zwłaszcza jeśli w środku znajduje się zdjęcie korespondujące z jej wyglądem. Niestety ostatecznie do prezentu podarowaliśmy inną fotografię, na której widać twarze :)


Klej na gorąco polecam wszystkim, którzy lubią robić po swojemu, bądź też ulepszać to co zostało zakupione. Przydaje się w wielu sytuacjach, jak choćby pakowanie prezentów, robienie kartek albo domowe organizery :)
Ja lecę przygotować się na Walentynki, widziałam u Ani przepis na super kartkę-zdrapkę - polecam Wam też obejrzeć!


Bo czasem najprostsze rozwiązania są najlepsze ;)

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Głupota a cieszy - "weź mnie do torebki"


Cześć Dziewczyny!

Kiedyś obczaiłam jak koleżanka wyciągnęła w akademickiej toalecie (dobra, panuje tam taki syf, że czuje się rozgrzeszona nazywając to miejsce sraczem) wyciągnęła z torebki przezroczystą mini-kosmetyczkę w której trzymała kredkę do oczy, błyszczyk i jakieś bibeloty, których nie zdążyłam już zidentyfikować za jednym zerknięciem. Pamiętam moje westchnienie - "eh, może w końcu udawałoby mi się odnaleźć błyszczyk w czeluściach mojej torby??"

Kumpela mówiła, że kupiła ową kosmetyczkę za niecałe 10 złotych w jakiejś drogerii. Ja ostatnio postanowiłam upiec dwa indyki na jednym ogniu!

Za niedługo chciałam Wam przybliżyć naprawdę godne polecenia pędzle, którymi operuję od września '12, ale zanim to zrobię muszę się przyznać, że kolekcja pędzli mi się powiększa i z chęcią testuje Hakuro, ale też i te drogeryjne. I tak oto kupiłam sobie duży, puchaty pędzel o którym marzyłam i jednocześnie stałam się posiadaczką mojej upragnionej mini-kosmetyczki do torebki :)


Myślę, że instrukcji tworzenia nie muszę tłumaczyć, obrazek jak to zrobić wklejam poniżej. I wiecie co? Moja "kosmetyczka" z pędzla jest na moje oko chyba takiej samej wielkości jak ta koleżanki :) Na małe poprawki w ciągu około dwunastogodzinnych eskapad zajęciowych - jak znalazł! :)

No dobra, a tak z innej beczki - ostatnio wręczając siostrze prezent zapytano mnie jak usunęłam cenę nie niszcząc metki? Tak, zawsze targałam namiętnie, albo zamazywałam markerem, ale nie wydawało mi się to estetyczne. Znów odpowiedź najprostsza na świecie - nasze kochane lakiery do paznokci :) Metka zostaje (na znak tego, że towar jest nowy) a cena znika :) 


Za przykład posłużą moje upolowane na promocji spodnie (swoją drogą - takie promocję to lubię, a nie gdy obniża się cenę o złotówkę, lub pięć:P)

A tak pytanie z innej beczki - udało mi się znaleźć takie oto coś, o przecudownym składzie - "Nacomi" (można też dodać moje przemyślenia w sklepie - "na-co-mi...to?":D) 
Miała któraś z Was z nim do czynienia???

Pochwalcie się czym Wy ułatwiacie sobie życie na co dzień?
Macie jakieś swoje life hacki?:)
Buziaki!

piątek, 30 maja 2014

Spersonalizowany face-chart - chcesz?


Cześć Dziewczyny!

Wiele z Was miało(lub wciąż ma) do czynienia z face-chartami. Szczerze? Nie rozumiałam kompletnie ich ewenementu. Kartka z średnio urodziwą panią, na której wykorzystujemy nasze cuda(czyt. kosmetyki) by stworzyć piękne barwne makijaże, a następnie odwzorować je na sobie. No ale face charty są również używane przy ustalaniu nowych trendów i są źródłem inspiracji dla wizażystów, coś w tym musi być.

I nie interesowałam się zbytnio tym wynalazkiem dopóki jedna z koleżanek nie poprosiła mnie o przysługę - chciała, żebym stworzyła jej twarz w meeega uproszczeniu(coś w stylu komiksu). Ponieważ stała na wprost robiąc szkic wpadł mi do głowy pomysł - czemu by nie zrobić WŁASNEGO face-charta, ze swoimi rysami, dysproporcjami i kształtami??

I tak oto zrobiłam swojego pierwszego wzornika. 
Malowanie "na sobie" jest o wiele przyjemniejsze niż na średnio pięknej pani, a ja uczę się od razu cieniować jedno z moich opadających oczu. 

A jak wygląda chart po wymalowaniu? Nie powiem, żeby był w czymkolwiek gorszy niż oryginalna chartowa pani:) 



Miałam jeszcze jeden z okiem otwartym i zamkniętym, ale pomalowałam i gdzieś go ciepłam(mam nadzieję, że Luby nie wyrzucił?!)

Jeśli chcesz swój spersonalizowany face-chart - chętnie Ci go stworzę :)
Wystarczy że wyślesz mi na maila swoje 1, lub dwa zdjęcia, które spełnią następujące warunki:
1. Zdjęcie będzie wyraźne i dobrze oświetlone
2. Nie będziesz mieć makijażu oczu/mocnego makijażu oczu(same wytuszowane rzęsy dozwolone:P)
3. Zbierzesz włosy z twarzy żebym dobrze uchwyciła Twój kształt.
4. Jeśli chcesz mieć face-charta z jednym okiem zamkniętym - wyślij dwa zdjęcia - jedno z obojgiem otwartych oczu, drugie z obojgiem zamkniętych. 
5. Nie spinaj się i nie rób min. Najlepiej wyjdzie twarz w spoczynku.

Uff, ale się rozpisałam :) Ponieważ jestem na chorobowym i mam trochę czasu chętnie coś pomaluję. Jak tylko stworzę Ci charta - odeślę Ci gotowca na maila. 
Jeśli chcesz - mogę nie dorysowywać rzęs, nie wypełniać brwi/brwi zaznaczyć delikatnie ołówkiem jeśli na co dzień mocno zmieniasz ich kształt i chcesz je samodzielnie domalować, mogę nie robić uszu(dla mnie dziwnie wyglądałam bez :D) i... niestety jestem leniem i włosów robić mi się nie chce :D


Mój mail jest w zakładce: "o mnie" nie chce go powielać w tej notce bo potem przychodzą mi tysiące dziwnych reklam:)
Jeśli będzie więcej chętnych będę musiała odwlec pracę trochę w czasie :D

Jak Wam się podoba robienie własnego pyszczka do malowania?
Buziaki!

wtorek, 18 czerwca 2013

Babo, weź coś zrób!

Cześć!

Nie wiem jak Wy, ale ja przygotowuje się do poniedziałkowej obrony, ale ponieważ podchodzę do tego z pewną dozą dystansu - w większości czasu leżę do góry tyłkiem i po prostu używam z wakacji ile wlezie (Bóg wie, a może jakiś szalony pracodawca zdecyduje się mnie zatrudnić za tydzień, może mniej??)

Oglądając na internecie poradniki natrafiłam na video Czarszki dzięki któremu natchnęło mnie do rękodzieła jakim jest wytwórstwo pomadek ochronnych. Jako że firmy kosmetyczne wprowadzają coraz chętniej produkty ochronne lub pielęgnacyjne, które jednocześnie zapewniają nam na ustach szałowy kolor - sama postanowiłam zabawić się w takie eksperymenty.

Nie podaję przepisu - wszystko robiłam według zaleceń autorki filmiku :)



Bazą moich pomadek są:
masło shea
oliwa z oliwek
kropla olejku spożywczego

Kolory mieszałam dodając:
resztkę starej szminki
korektor w sztyfcie
błyszczyk


W sumie pomadek stworzyłam 4 - dwie jasnoróżowe bez drobinek, czerwoną iskrzącą, trochę jaśniejszą czerwoną oraz ciemnoróżową bez drobinek. Dziś chciałam Wam zaprezentować dwie z nich, które używam najczęściej - jasnej i czerwonawej.

 

Jasna ma to do siebie, że najlepiej nakładać ją w małej ilości, bo inaczej wejdzie w załamania ust (jak na zdjęciu). Ale daje śliczny, naturalny efekt i świetnie sprawdza się z ciemniejszym makijażem oczu.





Czerwona zaś może być spokojnie nałożona "obficie" i wygląda dobrze. Martwiły mnie drobinki, jednak suma sumarum - wyglądają ładnie ;) w makijażu prezentują się tak:



Cóż, najbardziej w samoróbkach odpowiada mi tworzenie własnego koloru, który będzie unikalny, ale jednocześnie dostosowany do naszych potrzeb. Możliwość podrasowania szminki, którą kupiło się X lat temu i się nie używa też brzmi kusząco :)

Pomadki nie wysuszają, są milutkie dla ust (no cóż, chodzi o to, że miło się nimi operuje i gładziutki suną po ustach) a jeśli chodzi o trwałość nie odbiegają od niektórych swoich odpowiedników w drogeryjnych półek.

Jednego jestem pewna - to uzależnia :P
A Wy robiłyście już jakieś swoje pomadki??

wtorek, 11 czerwca 2013

Przegląd nieudolnych zdjęć :D


Cześć Dziewczyny!


Ja dalej wsiąkłam w realny świat i daje się pochłonąć rozbieganiu i szaleńczej atmosferze, która udzieliła się wszystkim na koniec studiów.

Oficjalnie wczoraj dowiedziałam się, że ostatni egzamin z fallacies zdałam, moja praca leży już  bezpiecznie w katedrze, karta obiegowa prawie "obiegnięta", a ja? Ja w ciągu ostatnich dni zaprosiłam koleżankę na sesję zdjęciową pt. "Do dyplomu" :)


Tak, na wszystkich zdjęciach wyglądam prawie tak samo, ale nawet nie wiecie jak dziką radość sprawia mi zaoszczędzenie 30 złotych na tych zdjęciach, a posiadanie takich odbitek, na których akceptuję własny ryjek.

No i ktoś może mówić, że przesadzam, ale ostatnie próby uwiecznienia mojej osoby kończyły się ogromnym niezadowoleniem i zgrzytaniem zębów. Przykład? Choćby jedne z "najświeższych" :




No dobra... wiem, że na zdjęciach z paszportu każdy wychodzi jak kryminalista xD
Ale to po prawej - to zdjęcie, którego dostałam 12 sztuk. Nosiłam grzywkę zwichrzoną na bok i tak miała do zdjęcia. Przy czym pani Fotograf stwierdziła, że tak być nie może i nie dość, że zarzuciła mi ją na czoło, to jeszcze zrobiła to krzywo... No i na dodatek - może nie widać tego tutaj, ale przyglądając się temu zdjęciu na żywo, zamiast twarzy mam jedną wielką plamę. Retusz poziom hard... :( Nie znoszę tego zdjęcia :D 

Odkąd zainwestowałam w oświetlenie, tła i statywy tworzenie zdjęć do dokumentów staje się czysta przyjemnością :) A jak? W sumie, to oświetlenie jest najważniejsze. Co nieco można nadrobić w kontrastowaniu, albo poziomach, ale żeby zdjęcie wyglądało dobrze - warto pomyśleć o właściwym świetle, które pozwoli dostrzec twarz w całej okazałości.

Potem, po dokonanych obróbkach (na przykład po magicznym usunięcia pryszcza o kilometrowej średnicy lokującego się na samym środku nosa) przetwarzamy zdjęcie na stronie generator.photoid.eu zależnie od naszych zapotrzebowań (potem można na jednym zdjęciu powielić jeszcze swoje fotki, żeby było więcej za jednym zamachem :D) i idziemy do fotografa/do Rossmanna(gdzie również można wywołać taką fotkę, nawet na miejscu) i cieszymy się ;) Wieczorkiem nawiedziła mnie jeszcze druga Qleżanka i tak oto miło płynął czas na zdjęciach do dyplomu.

Oj, ja w tym momencie zrobiłam wielkie uf, prócz wpisów to już koniec i będę mogła spokojni wyżywać się artystycznie przez kolejny miesiąc :)

A jeśli chodzi o wyżywanie artystyczne - przypominam Wam, że do 20 czerwca możecie zgłaszać się do konkursu, w którym nagrodą jest portret ze zdjęcia, które mi podeślecie :)



Do właściwego postu przelecicie klikając w linka :) 
Tymczasem ja idę się cieszyć dalej a Wam kochane życzę słonecznego, udanego dnia!

poniedziałek, 13 maja 2013

Niekonwencjonalne lekarstwo na nerwy

Cześć Dziewczyny!

Z racji tego, że staram się wyrabiać z wszystkimi obowiązkami, denerwuje się najbliższymi miesiącami/tygodniami/dniami, mam sporo załatwień z weselem, a na dodatek zespół, który miał grać na mym weselu przy podpisywaniu umowy okazał się nie tym zespołem i w efekcie na dzień dzisiejszy nie mam orkiestry (zaje***ście...) - jestem chodzącym epicentrum nerwów.

Z równowagi wyprowadza mnie nudna, zakochana w sobie koleżanka z grupy, samym swoim bytem, kolejka do promotora sprawia, że krew mi się gotuje, a niewyspanie potęguje tylko negatywne emocje. 

Postanowiłam "upuścić sobie krwi" i odreagować. UWAGA! - zadziałało :D

W pewnym pomieszczeniu zwanym u mnie kolokwialnie "klopem" chwyciłam za nożyczki i obcięłam sobie grzywkę. Ot, tak po prostu. Według schematu, którego używałam już przy tym wpisie [GRZYWKA DIY] tylko pokusiłam się o krótszą wersję.


WYCINAJĄC TE PARĘ CENTYMETRÓW CZUŁAM JAK WRAZ Z NIMI ULATUJE MI POŁOWA TRUCIZNY, KTÓRA WE MNIE SIEDZIAŁA... POCZUŁAM SIĘ O NIEBO LEPIEJ :)



Lubię grzywki, dobrze się w nich czuję (młodziej:P ), ale istnieją aktualnie dwa najważniejsze plusy takiego skracanego przedsięwzięcia:
- odświeżenie wizerunku pomaga mi jednocześnie zakryć czoło, które wygląda jak po bitwie pod Grunwaldem...
- dzięki grzywce mogę malować się dużo lżej wyglądając (w moim mniemaniu, a to najważniejsze :P) względnie fajnie. A idzie lato i mniej makijażu na twarzy jest jak najbardziej oczekiwane :)


*************************************************************

Także zawsze zapuszczanie grzywki kończyło się cięciem, a to radością :)
Moja grzywka pewnie jeszcze przejdzie modyfikacje, bo za bardzo się odkształca, ale na razie nie mam na to czasu.

Nie powiem niestety JAK SIĘ WOLĘ - czy z grzywką czy bez. Wolę dopasować fryzurę do potrzeb, a zapuszczanie do ślubu i co półroczne wizyty u fryzjera mi nie urozmaicają życia na głowie.
Tym samym zauważyłam ogromną poprawę w kondycji moich włosów. 

Gdy ścinałam grzywkę ostatnim razem (czyli koniec grudnia) różnica pomiędzy włosami naturalnymi a tymi po wielu farbowaniach była ogromna. Teraz udało mi się w miarę odżywić zniszczone sianko i ta linia jest dużo łagodniejsza :) 

TERAZ vs GRUDZIEŃ

Zresztą w dotyku całe włosy na długości zrobiły się dużo milsze co mnie niezmiernie cieszy...:) 
Tak więc, jeśli macie chwilową nerwicę, a nie chcecie jej wyładować na wyciskaniu niespodzianek na twarzy - polecam taka formę odstresowania :)


A Wy nosicie/lubicie grzywki??
Buziaki od chwilowo prostowłosej Picoli! :* ;)

czwartek, 27 grudnia 2012

DIY - obcinanie grzywki :)



Cześć Dziewczyny!

Doszłyście do siebie po Świętach??:)
Ja powoli zaczynam ogarniać rzeczywistość i nadrabiać zaległości na uczelni, ale w międzyczasie dopadła mnie nieposkromiona chcica…

Bez skojarzeń oczywiście, ale oglądając różne posty na „Ęternecie” i patrząc jednocześnie na swoje lustrzane odbicie postanowiłam coś w sobie zmienić.

Prawie całe życie nosiłam grzywkę. Zmieniały się tylko jej kształty i długości (ewentualnie koloryJ ) W czasach liceum liczyło się dla mnie każde 50 gorszy więc na fryzjerze oszczędzałam ile się dało :) Poniżej krótkie zestawienie tylko paru z grzywkowych wariacji, przy czym pierwsze trzy (żółte gwiazdki) to grzywki tworzone i regularnie przycinane maszynką do golenia :)




W końcu po dwudziestu latach marnej egzystencji miałam bardzo ambitny plan zapuścić ową grzywkę, jednak im dłuższa ona była, tym brzydziej się czułam. Nie wiem, może to kwestia przyzwyczajenia, może psychiczne wymysły znudzonej głowy?

Potem na blogu Anwen dodała wpis o przycinaniu grzywki (co też potem uczyniła).
Powstrzymałam się.
Ostatnio zaglądam do nowego wpisu mojego makijażowego guru – Trustmyself (jeśli nie znacie to polecam!!) – a tam grzywka! I z pięknej dziewczyny zrobiła się Superlaska…

Do tego dostałam pod choinkę bardzo ładną czapkę, którą miałam zamiar poużywać, jednak gdy popatrzyłam sobie w lustro na smętnie zwisający kołtun okalający moją mordkę(zwany „grzywką”) i jakkolwiek go nie zarzuciłam było okropnie – zdecydowałam: trza to upier…niczyć!!!

Haha, nie no, chyba mina na 2 zdjęciu mówi sama za siebie :)

Stwierdziłam że skoro za czasów liceum szło mi to zgrabnie, teraz nie może być gorzej. Postanowiła jednak odejść od maszynki jednorazowej i pokusić się o fantazyjne cięcie nożyczkami inspirując się filmikiem zamieszczonym przez Anwen w TUTEJSZYM wpisie.



Wzięłam się za obcinanie pierwszym sposobem. Wszystko gotowe – grzywka oddzielona, chwycona pod odpowiednim kątem w przeciwną stronę…


Chciałabym, żebyście zwróciły uwagę na załamanie włosów wzdłuż żółtej linii. Jest to linia farbowania chemicznego – poniżej włosy są suche i sztywne, bez blasku, sianowate, powyżej linii mięciutkie i gładkie, naprawdę mogę powiedzieć, że jest to jedyne miejsce, gdzie włosy bardzo mocno błyszczą :) Ta różnica zawsze przysparza mi wiele problemów, gdyż na tym załamaniu włosy po prostu żyją swoim życiem i odskakują we wszystkie strony.




Na tym przykładzie najlepiej widać jak farby chemiczne wypaliły mi włosy. 


Pierwsze cięcie było krótkie, próbne. Sprawdziłam, czy włosy układają się tak, jak bym tego chciała, po czym drugie cięcie do właściwej długości.



***


No i najważniejsze – przymiarka z czapką – jest super !!! :)

Włosy odżyły i lepiej się układają. Wiadomo, z taką grzywka trzeba coś zrobić, podkręcić, przeczesać, nałożyć na wałek, ale i tak bardzo się cieszę widząc tak niewielką zmianę, ale dla mnie znaczącą!


Reasumując - bardzo niewielki ubytek, a radości co niemiara :) Długościowo prezentuje się to nie jakoś drastycznie. 


Jestem mega zadowolona i myślę, że częściej będę się posiłkować blogowymi pomocami upiększającymi :)
Jedyne co mnie boli, to jak przeglądając stare zdjęcia widzę swoje błyszczące włosy, które teraz straciły ten sztuczny, ale mimo wszystko połysk pomimo zdrowej intensywnej pielęgnacji... Cóż, mam nadzieje, że po dłuższym okresie nie będę mimo wszystko żałować :)


A Wy macie plany albo ochotę na zmiany na Nowy Rok? :)