Cześć Dziewczyny!
Zdjęcie przedstawia instrukcję obsługi pewnego kosmetyku, dzięki czemu możecie naprawdę się uśmiać z Waszych współlokatorów/rodziny/chłopaka itd. Instrukcja na końcu notki :D
Jednak, gdy zobaczyłam na półce produkty z napisem "pianka do mycia" po prostu zdrowy rozsądek wziął poszedł się paść na łąkę. Samo słowo "pianka" kojarzy mi się z czymś niesamowicie przyjemnym, a pierwsze co przychodzi mi na myśl, to ucieczki z uczelni do centrum handlowego Gemini w Bielsku-Białej, gdzie w toaletach zamontowane były mydelniczki, a w nich cudowne, pachnące bananami PIANKI.
Ach, naprawdę te wszystkie pozytywne emocje złożyły się na ten zakup.
Lirene Youngy 20+ opisywana jako pianka myjąca do twarzy i oczu. 150ml za cenę około 18 złotych. Moja pierwsza pianka.... Nie ma ona końcówki typowej dla pompek które dotychczas używałam, tylko taką gwiazdeczkę, jak spotykamy przy piankach do włosów.
Pianka ma specyficzną konsystencję - piankową, ale taką kremową i milutką, choć nie taką "leciutką".
Używałam jej z przyjemnością do zmywania resztek makijażu i oczyszczania buzi rano. Pianka ma dal mnie bliżej nieokreślony, śliczny, choć trochę chemiczny zapach. No cóż, generalnie mój nos był na tak :) Jednak ja odnotowałam u siebie delikatne przesuszenie po jej stosowaniu, aczkolwiek skóra wydawała się bardzo fajnie oczyszczona po takim wypiankowaniu się.
Nie byłabym sobą gdybym nie sprawdziła jak pianka radzi sobie z makijażem. Otóż no jakoś sobie radzi, potrzeba kilku podejść i niestety - mnie szczypie w oczy niemiłosiernie :)
Z Nowym Rokiem postanowiłam sobie parę rzeczy, m.in. żeby się uspołecznić.
W ramach tego punktu udało mi się już poznać dwie wspaniałe blogerki z Krakowa, do jednej mam zamiar wpaść po sesji ( o ile jeszcze mnie zechce widzieć :P ) no i wciąż rozwijam się pod tym względem.
Drugim punktem było cieszyć się z mniejszych rzeczy i spełniać małe marzenia. Jednym z tych marzeń było właśnie zrobienie małego psikusa - polecam, jeśli macie pod ręką taką piankę jak ja.
Wyobraźcie sobie i wczujcie się w taką sytuację:
Zaspana Ola - człapię rano do kibelka w naciągniętym po samą szyję szlafroku i wiedząc, że wszyscy spieszą się do pracy zostawiam drzwi szeroko otwarte, żeby mogli umyć zęby, ogolić wąs, przemyć albo nakremować twarz itp... Widzę ofiarę numer jeden - to jak zwykle spóźniony mój tata, który wpada żeby umyć zęby. Wyciągam wtedy z szafki piankę od Lirene i nakładam starannie na policzki i brodę.
Tata szoruję w pośpiechu siekacze, przyglądając mi się uważnie.
Sięgam ręką do półki wyżej po golarkę, ściągam zabezpieczenie z ostrzy i powoli przybliżam ją do twarzy.
Mina taty - bezcenna xD
To samo powtórz z resztą domowników - lepszego ubawu dawno nie miałam :)
A Wy czym myjecie twarz?? Pianki/żele/mydła?
