wtorek, 29 kwietnia 2014

Oddam w dobre ręce część 2


Cześć Dziewczyny!

Często szperam w zakładkach "wymiana" u Was, bo kupowanie/wymiana kosmetyków używanych po taniości wzbogaca nasze doświadczenie z kosmetykami, a jeśli chodzi o drogeryjne produkty same wiecie jak to jest z testerami... Dziś mam parę produktów, które może któraś z Was chciałaby spróbować przed kupnem, albo myślała kiedyś o kupnie, ale bała się pełnowymiarowego produktu?? 

Opis produktu i cenę orientacyjną podaję przy każdym maleństwie. 
Piszę "orientacyjną" ponieważ docelowo cena wywoławcza = koszt przesyłki + "co łaska" :)
Jeśli chodzi o koszt przesyłki, to z większymi rzeczami zazwyczaj mieściłam się w 9złotych, małe to było piątka.

Być może znajdziecie coś dla siebie :)
Zaczynam prezentację :)

Zacznę od tego gagatka. Są to moje ulubione serie cieni z Lovely. Jednak ja w niebieskim czuje się nie za dobrze, ale paletkę kupiłam dla tego cienia który już jest zużyty :D Był to jeden z nielicznych niebieskich, których mnie nie przytłaczał. Dwie niebieskości są iście letnie, biel jest perłowa i fajnie rozświetla, ciemny granat do przycieniowania. Orientacyjnie - 3 złote

 Odżywka z Pierre Rene. Jak widzicie jest jej sporo, użyłam ją może 2-3 razy? Niestety odżywek do paznokci mam tak dużo, że szkoda, żeby ta zalegała na półce, gdy może wzmocnić czyjeś paznokcie...
Orientacyjnie - 3 złote

Tu już poszalałam i zużyłam więcej :) Wciąż jednak nie umiem i nie lubię za bardzo matu... Jakoś tak - jestem prosta kobieta i lubię najprostsze paznokcie :)
Orientacyjnie - 2 złote

Kolejny lakier, od Paese numer 339. Wygrany u Domi, jednak nie jest mi z nim po drodze. Użyty trzy razy. Ma piękny kolor i mocno lśniące wykończenie. Kryje już przy dobrym pierwszym pokryciu. Niestety lenistwo me ostatnie skłania mnie do chodzenia jedynie w odżywce na pazurkach, na kolor nie znajduję już czasu...
Orientacyjnie - 5 złotych ZNALAZŁ SWÓJ DOM:)


 Biała mini kredka z Miss Sporty wysuwana. Była pod mym okiem może ze cztery razy? Jednak nie potrafię się z nią polubić... Zdezynfekowana, ilość taka jak na zdjęciu. 
Orientacyjnie - 2 złote

Rimmel Stay Matte 091 Light Ivory. Większość dziewczyn ma z nim taki stosunek "love-hate" i ze mną nie jest inaczej. Jest około (nawet ponad) 3/4 opakowania. Jeśli ktoś chętny wypróbować - jestem chętna oddać:)
Orientacyjnie - 5 złotych ZNALAZŁ SWÓJ DOM:)

Maybelline Super Stay 24h. Mój "były"...ulubieniec :) Jednak coraz mniej lubię ciężkie podkłady. świetnie się trzyma cały dzień, odporny na ścieranie, matuje... Więcej o nim (i o kolorze 020 Cameo) TUTAJ. Jest go pewnie około (pewnie i ponad) połowę...
Orientacyjnie - 7 złotych ZNALAZŁ SWÓJ DOM:)

 Revlon Colorstay 150 Buff. Nie pokochałam go :( Wszystko byłoby okej, gdyby nie ten kolor, przez który wyglądam po prostu trupio... Myślałam, że w końcu znajdę ulubieńca, ale zdecydowanie nie lubię się w nim. Użyłam go pewnie około 10 razy bardzo oszczędnie. Na zdjęciu widać kreseczkę po dostaniu dwóch dni.
Orientacyjnie - 20 złotych ZNALAZŁ SWÓJ DOM:)

Ciemny brąz cień enjoy o matowym wykończeniu. Akurat mat jest bardzo mocno napigmentowany. a doam, że te cienie zachowują się identycznie jak cienie MIYO :) Kolor się zdublował, ten jest delikatnie zużyty z wierzchu, ale będzie jeszcze służył dłuuugo.
Orientacyjnie - 2 złote

 Pianka myjąca Lirene! Po moim przesuszu po wodzie, o którym pisałam TU musiałam przestawić się na kosmetyki apteczne... Niestety w domu nie ma kto tego użyć, do rąk szkoda, może którąś z Was korciło, żeby kupić ten wynalazek i chciałaby spróbować? Ciężko mi określić ile tego jest, ale myślę, że połowa spokojnie!
Orientacyjnie - 5 złotych

Rimmel Airy fairy... Kupiłam, pokochałam kolor, aleee... nie po drodze mi z tą szminką, zawsze wybieram inne, w których czuje się lepiej :D Dużo lepiej też u mnie sprawdza się starsza wersja pomadki. Jest jej tyle co na zdjęciu. Mogę ją zdezynfekować i wysłać, albo wysłać i rozprawicie się same :)
Orientacyjnie - 5 złotych

Rezerwacje(dwudniowe) w komentarzach, wszelkie pytania proszę na maila, możliwe negocjacje (tak jak napisałam - jak co łaska, to co łaska:P wszelkie dochody przeznaczę na... obiad:P)
Do każdej przesyłki dołączam gratisy i próbki :D
Jeśli macie u siebie zakładki "wymiana" a chciałybyście się za coś wymienić to możecie podesłać linki :)
Buziaki!

sobota, 26 kwietnia 2014

Wyniki, uśmiechy, zagadka...



Cześć Dziewczyny!


Nie rozgadując się zbytnio chciałam Wam gorąco podziękować za zgłoszenia i wiele dobrego humoru który przekazałyście mi podsyłając linki i pisząc kawały...
Sama teraz spędzam każdą wolną chwilę starając się wymyślić coś na studia i dla dzieciaków, więc czas na oglądanie śmiesznych stronek (zwanych inaczej czasopochłaniaczami) mam niewiele. Przypomniałyście mi stare, bardzo dobre kawałki, ale też pośmiałam się z całkiem nowych rzeczy!
Dziękuję Domi za humor angielski i pamięć (tak, jestem nauczycielką angielskiego:P), bo często w środowisku w którym się obracam właśnie angielskie żarty królują (czego nie rozumie kompletnie nikt z mojej rodziny, a jak wiecie - czasem przetłumaczony żart nie ma wcale takiej mocy...)

Poniżej wstawiam parę z nadesłanych pozycji, niestety zgłoszeń było tyyyle, a czeka mnie jeszcze dziś mycie kufli, więc daruję sobie kopiowanie wszystkiego :)

































I jeszcze jeden z boskich setów przeróbek zdjęć :)

Nie będę publikować anegdotek dotyczących Waszego prywatnego życia (choć nie ukrywam, kilka z Waszych "wtop" zaliczyłam i ja sama:P), a właśnie taka anegdotka rozwaliła mnie na kolana.

Uwaga, bardzo mi miło ogłosić, że zwycięzcą zostaje (fanfary przeplatane z rżeniem konia)..............


Fabryczna, dziękuję Ci bardzo za filmiki wciągająco-totalnie trafione w mój gust humorystyczny i ... za Piłsudskiego! :)
Czekam na Twojego maila z danymi do wysyłki i produktami, które chciałabyś przygarnąć. 

Dla wszystkich Was jeszcze raz gorące dzięki! Za to, że w głowie teraz leci mi pisoenka z puchatym jednorożcem na tęczy, za Walentynkową piosenkę (którą na pewno puszczę mojemu Lubemu w przyszłe walentynki :D), za odjechane filmiki rodem z tego "niezrozumiałego" końca internetu, za dawkę pozytywnych uczuć i małego wzruszenia i za kawałek WAS :) Ciężko było wybrać jedno zgłoszenie, no cóż  - nie ukrywam, że jest subiektywnie, bo mój humor jest subiektywny. A dla wszystkich Was mam tylko mój uśmiech (jechałam wtedy do pracy, to nie był dobry dzień, ale byłam akurat po małej porcji filmów od WAS, więc stwierdziłam, że też wyślę trochę krzywego uśmiechu w świat :))

No i zagadka "na poziomie" - jeśli wsadzę Ci palca do dupy, to kto ma palec w dupie - ja czy Ty? :)

I pamiętajcie - śmieszne rzeczy możecie mi wysyłać ZAWSZE i w każdej ilości <3
Buziaki!

piątek, 25 kwietnia 2014

Eh, Paese! Trója!!


Cześć Dziewczyny!

Dziś z szybkim postem, ponieważ tylko swatche i moja opinia na temat paru plastikowych pojemniczków mieszczących w sobie pigment. Na pewno pojawi się makijaż z ich użyciem, dziś tylko przedsmak :)


Pierwszy potrójny cień z PAESE nabyłam daaawno temu (chyba dobrze ponad dwa lata??) i na słoiczku była informacja, że "dawniej EUPHORA" (którą mam do dziś dnia:P) Zakochałam się w tych potrójnych cieniach, dałam za nie pamiętam 10zł(teraz odnalazłam go w ich oficjalnym sklepie on-line 19,90zł), a dostałam prze-świetne cienie perłowe, wykorzystywałam je do makijażu dziennego, na każdego rodzaju imprezy i... w sumie używałam nałogowo :D 

Brąz pięknie świeci na złoto, złoty jest żółtawy i robi piękną mgłę koloru, tylko z tym jednym , najbardziej brokatowym jasnym beżem nie mogłam się polubić. Bardzo się sypie, bardzo się świeci... Wolałam delikatnie mieniące, ale nienachalne wykończenie pozostałych dwóch braci.



Rok temu nabyłam z ciekawości kolejną trójkę PAESE (tym razem bez żadnych naklejek, firma zaczęła prężnie działać i doskonale się rozwijać pod nową nazwą:)) tym razem w matach płacąc już 14,50zł. Byłam ogromnie ciekawa jak się spiszą. Nie trudno nie zauważyć na zdjęciu, który jest okazał się być moim ulubieńcem :) Ten jasny, kremowy cień dawał świetne rozświetlenie bez perłowych drobinek. Dokładałam go do większości makijaży, zastąpił mi wspaniale jedyneczkę z palety Sleek Au Naterel. Róż, czy tam arbuzowy kolor jest tak silnie napigmentowany, że bałam się go gdziekolwiek używać :D Niestety u mnie na oku nie znalazł miejsca, gdyż podkreślał nie tylko popękane żyłki po nieprzespanych nocach, ale też sińce pod oczami... Nie raz spełnił jednak rolę różu do policzków, ubóstwiam jego idealny kolor. Z trzecim kolorem zazwyczaj bawię się blendując granicę cieni... czyli rzadko:D



Najnowszy nabytek - kolejna matowa trójka. Po dobrych miesiącach z kaszmirem w delikatnej wersji postanowiłam spróbować jego ciemniejszego brata. Zakochałam się w granacie, jednak w praktyce częściej używam na co dzień dwóch pozostałych cieni. Ten musztardowy to będzie taki fajny jesienny kolor! A beż, pomimo, że obawiałam się niezmiernego podobieństwa do tego z mojej starej trójki - jest czymś pomiędzy ulubionym kremem, a beżem do blendowania. Teraz za matowego Kaszmirka zapłaciłam 17,50zł(w ich oficjalnym sklepie on-line 22,90zł)  Nie wiem, czy Paese tak podnosi ceny, czy u mnie w sklepikach po prostu zaczynają się "cenić" ?? :D



Swatche na ręku, linia rozmazana, to roztarcie tego co miałam na paluchu przy swatchach powyżej. Kropki nad tymi liniami, to cień nakładany na mokro.

Co lubię w trójeczkach Paese?
+ świetną pigmentację - duża dawka koloru przy najmniejszym wysiłku i to bez bazy :)
+ fajnie skomponowane zestawienia - wiecie jakie są minusy kupowania paletek - kupisz 20 cieni, używasz czterech. Tu ryzyko zminimalizowane :D
+ solidne opakowanie - z racji na prawie cotygodniowe wyjazdy wożę je LUZEM. Żadnemu nie staje się krzywda. Pudełeczka odkręcane = nie musimy bać się o poluzowanie wieczka ani o nasze pazurki :3
+ wydajność - tu też na plus, po używanym prawie codziennie przez ponad pół roku waniliowym zobaczyłam dopiero niedawno dno :)
+ stosunek cena/jakość/wydajność - mimo wszystko za tą cenę jestem bardzo zadowolona z produktu
+ możliwość intensyfikacji koloru - nakładany na mokro daje z siebie 100% i w efekcie mamy kolor taki jak w pudełeczku :)

Czego nie lubię?
- osypywania, które przy tak mocnych kolorach jest uciążliwe, ale niweluje je mocząc pędzle :)
- dostępność - wiem, wiem... Są stoiska Paese, w moich osiedlowych drogeriach Paese też jest, ale tak mało kolorów, że nie ma w czym przebierać... Choć widzę, że przybywa i przybywa, więc może kiedyś wykreślę ten punkt? :)
- gama kolorystyczna potrójnych matów, która mogłaby być bardziej... rozbudowana!



W paru słowach? Z pewnością ulubieńcy :) Na pewno polecam, na pewno zachęcam do spróbowania na ręku jeśli tylko możecie zobaczyć na żywo, na pewno będę chciała wypróbować inne zestawy (nie, na single się nie skuszę :D)

Poniżej tylko małe zdjęcie makijażu robionego w niecałe 10 minut BEZ MOCZENIA PĘDZLA delikatnie muskając powiekę kolorem. Minimalny kolor, bardzo ładny efekt z nową matową trójeczką :)


Ciekawa jestem czy macie jakieś cienie Paese i jak Wasze odczucia? Czy jeszcze nie inwestowałyście w cienie Paese?
PS. Przypominam, że dziś za cztery godziny kończy się konkurs, w którym wybieracie sobie same nagrodę :) Jeśli tak jak ja jesteście z tych co robią wszystko  zawsze "na ostatnią chwilę" to zapraszam :D

środa, 23 kwietnia 2014

Wróciwszy z polowań



Cześć Dziewczyny!

Jako zodiakalny Strzelec czuję potrzebę zdobywania i dzielnie wybrałam się na łowy w myśl zasady: "Wypłata się sama nie przepuści!" :) W końcu spełniłam swoje małe odzieżowe marzenia, ale też zaspokoiłam chęci i ciekawość w sferze kosmetycznej. Są to rzeczy, które mam już kilka dni/tydzień/cośkołotego i pierwsze wrażenia skrobnę do każdej z nich :)




Okej, zacznę może od Rossmana i zakupów gdy jeszcze nie byłam dzieckiem świadomym przyszłych promocji... Zaopatrzyłam się w idealnego dla mnie nudziaka, którego poszukiwania w Inglocie i Paese mi nie wyszły a tu w Miechowskim Rossmanie znalazłam go za magiczną kwotę 1,99zł. Żyć nie umierać :) Dawno mnie lakier do paznokci tak nie usatysfakcjonował :D Jeśli nie wiecie, to uwielbiam kolorowe paznokcie, wykwintne wzory i piękne malunki rodem z obrazów Picasso, ale... noga jestem jeśli chodzi o zdobnictwo mych własnych szponków. Lubuję się za to w mlecznych, delikatnych kolorach, bo... wizualnie upiększa to moje dwie grabie :D







Chwalony wielokrotnie Eliksir Wibo... Czytałam o nim wiele, nabyłam osobiście dopiero niedawno. Ach, mogła czekać na promocję! Ale znając życie w czasie promocji szminkowej wszystko będzie przebrane... Nie smęcę - kolor to piąteczka - delikatny, nadający ustom taki zdrowy połysk oraz delikatny kolor.... Pachnie ładnie, nie wysusza ust, nie rzuca się w oczy, a jednak zmienia cały makijaż. Mmmm... Dlaczego ja go wcześniej nie kupiłam???








O korektorze w odcieniu "naturalnym" od Maybelline w wersji affinitone mogłyście u mnie przeczytać o tutaj. Pokochałam go miłością tak szczerą i prawdziwą, że nie mogłam się oprzeć i słysząc o promocji na korektory/podkłady i inne natwarzowe rzeczy pobiegłam po numerek pierwszy. Dlaczego? Naturalny nie tylko jest ciemniejszy ale ma zupełnie inny odcień. Zależało mi na czymś bardziej żółtym w sam kącik oka. Sprawdza się równie dobrze jak jego brat :)









Lovely - mineralny róż w odcieniach jak to stwierdził mój Luby - pod pomarańczę :) Faktycznie mamy tu taki odcień ceglastego, taki rozbielony koral i brudną cegiełkę, co razem daje przepiękny efekt. Zakupione z myślą o lecie i dodatku do pomarańczowych ust :) Z pierwszych spostrzeżeń powiem Wam, że świetnie się trzyma na buziaku! O ile mój samorobiony róż w ciągu dnia delikatnie płowiał i się ścierał - ten dzielnie przesiedział na mojej mordce. 






No cóż, były spreje z Joanny, samoróbki, Jantary i Green Pharmacy... Nic jakoś szczególnie mnie nie urzekło... Ale jak zobaczyłam tą nazwę dającą na myśl niepokorne wiosenne wiatry (i nie mówię tu o jajeczno-poświątecznych bąkach!) musiałam spróbować, tym bardziej, że jako jeden z niewielu dostępnych w drogerii nie miał tego złego alkoholu zaraz za wodą.... tylko zwichrzył go dalej pod koniec składu :) Na razie niewiele mogę powiedzieć, prócz tego, że mam nieodparte wrażenie, że to on jest odpowiedzialny za objętość XXL moich włosów w ostatnich dniach :)






Nożyk do brwi z minti.  Stwierdziłam, że skoro chcę zrobić konkurs gdzie nagrodą będą rzeczy z tego sklepu to muszę coś zamówić! Padło na dwie rzeczy - nożyk do brwi był zaspokojeniem mojej ciekawości. Widziałam na vlogach zagranicznych jak dziewczyny tego używały by zapuścić brwi i sama chciałam spróbować co i jak. Faktycznie - ciekawe maleństwo i może nam pomóc jeśli chcemy zapuścić brwi, bo lepiej przycinać regularnie niż wyrywać, bo włoski wydają się grubsze :) Mam plany zrobić eksperyment czy dzięki temu maleństwu można zmienić kształt brwi. Ale na to potrzeba będzie dużo czasu i ... cierpliwości :)



Drugą zachcianką z wspomnianego sklepu on-line był pędzel HAKURO 50S do podkładu. Jeśli chodzi o pędzle - nie mogę złego słowa powiedzieć na mój przewspaniały zestaw z BH Cosmetics. Jednak tamtejszy pędzel do podkładu - taki duży, języczkowy - zupełnie nie umiał ze mną współpracować. Zdziwiona tym, jak to inne dziewczyny chwalą malowanie pędzlem postanowiłam wypróbować i postawiłam na polecane modele. Nawet sobie nie wyobrażałam jak zmieni się cały mój rytuał makijażowy przez tego małego brzdąca!
Drugi pędzelek upolowałam w szafie Essence w Bielsku. Bardzo chciałam nową kuleczkę do rozcierania, ale trochę mniejszą niż mój dotychczasowy puszek. Wiem, że niektóre pędzle z Essence cieszyły się dobrą opinią, ten jak na swoją cenę i jak na pędzelek oznaczony etykietą "awaryjnie" jest okej:)






Kolejną zdobyczą w Essence jest kremowa kredka Big Bright Eye. Wyczytałam o niej w tym wpisie na blogu Lusterka Em i wiedziałam, że CHCĘ. Chcica była jeszcze mocniejsza, gdy podeszłam do kredek, znalazłam tą oznaczoną naklejką "tester" i pomiziałam się nią po ręce. To chyba najmiększa kredka jaką kiedykolwiek miałam okazję dotykać! Jest przemilutka, przefajna i uwielbiam ją całym sercem! Co prawda ja nie lubię kredek na linii wodnej ale kreślam sobie nią na powiekach, rozcieram, łączę z cieniami i mam z nią tyle radości co mało z jakim kosmetykiem :) Byle więcej takich mięciutków! :3



Czaiłam się ładnych parę miesięcy na to trio... Chciałam posiąść ten piękny, matowy granat, jednak dwa pozostałe kolory wydawały mi się zbędne. "Po co wydawać około 17złotych na trzy cienie, z których używać będę tylko jednego?" - takie myśli przywoływały mnie do pionu każąc schować portfel głęboko za każdym razem gdy widziałam owe trio. W końcu przełamałam lody i stwierdziłam, że jak nie ja, to może któraś z Was go zechce i kupiłam. Ale teraz wiem, że nie oddam już nikomu! Wszystkie kolory są przebajeczne, a najlepsze jest to, że... granatu używam teraz najrzadziej :D Aż wstyd się przyznać!




Podczas urodzinowych zakupów dla mamy nie mogłam się oprzeć temu maleństwu... Wraz z mamą uwielbiamy mydełka glicerynowe, a jeszcze jak pięknie pachną to muszą być nasze! :D To akurat boska malina, która umila mi życie w łazience. Hmm... Jedyne co mogę powiedzieć teraz, to że w odróżnieniu do swych braci - mydełek glicerynowych krojonych na wagę, to kółeczko jest malutkie i nie ześlizguje mi się z mydelniczki :) Ach, jak ja bym zjadła malin za każdym razem jak poniucham to mydełko to bym się najchętniej obżarła tak... do pełna!



Powiecie, że same wspaniałości, same cuda na kiju i tym podobne... Nic bardziej mylnego! Wśród tych fajnych mniejszych i większych zachcianek musiała się trafić czarna owca, szkoda tylko że w tak przeze mnie lubianej rodzinie Golden Rose. Szminka w kolorze 126, macana parę tygodni na ręce, chcica wzięła górę, bach! Jest moja. Jak się okazało, macając na ręce nie sprawdziłam zapachu, który strasznie mi przeszkadza. Ponadto szminka jest dla mnie uosobieniem zła i myślę, że zasługuje na osobny post okraszony zdjęciami... Chciałam fajną, intensywną pomadkę do sesji i na wiosenne szaleństwa. Pf...

No cóż, na dzień dzisiejszy to chyba wszystko warte wspomnienia? Co będzie dalej z tymi pierdółkami - zobaczę. Mam w planach jeszcze załapać się na matowego Color Tatoo, ciekawa jestem czy zdążę przed przebraniem szafy Maybelline przez innych? :)
A Wy coś poleciacie jeśli chodzi o teraźniejsze promołszyn?
Buziaki!

wtorek, 22 kwietnia 2014

Ratunek dla suchej skóry


Cześć Dziewczyny!

Dość długo nie pisałam odcinając się na czas świąteczny od produktywności (której na co dzień mam nadmiar:P) i skupiając się na samych przyjemnościach - sprzątaniu, pieczeniu :D Haha, no dobra, znalazłam dużo czasu na czytanie Waszych postów ale i odpowiedzi na mój konkurs i naprawdę mam kupę śmiechu :) Czas na nadsyłanie czegoś zabawnego macie do piątku :) 

Przeciągając się leniwie i poprawiając jakoś dziwnie za ciasne po świętach spodnie chciałam Wam pokazać coś, co uratowało mnie przed suszycą. Nie wiem czy istnieje taka choroba, mnie suszyca napadła i nie dawała żyć. 

Odkąd przeprowadziłam się do Lubego, gdzie woda jest mega twarda krem mocno nawilżający od Uriage wystarczał, żeby zadowolić suchy ryjek. Jednak w końcu żyłka pękła i nawet krem nie dawał rady (a robiłam sobie od niego zalecany detox, żeby skóra się przyzwyczajała...). 

Czym jest w moim rozumienia efekt suszycy naryjkowej???
- skóra jest mocno napięta i nawet po sowitym wysmarowaniu szorstka i szara
- zmarszczki są bardziej widoczne!!!! Zwłaszcza przy śmianiu :(
- suche skórki powstające znikąd
- niemożność zaaplikowania jakiegokolwiek podkładu - jeszcze większy przesusz i w ogóle nieestetyczny wygląd!


Poleciałam więc w myśl kolędowej zasady: "Czem prędzej się wybierajcie" do apteki i wytłumaczyłam pani co i jak. Zaproponowała mi dwa składniki na leczenie "suszycy": 
+ mycie wodą butelkowaną
+ używanie żelu nawilżającego rano i wieczór

Żel micelarny nabyłam i jest to duoaktywniak z serii Pharmaceris E. Cała ta akcja z suszycą na ryjku spowodowała, że wróciłam do oczyszczania za pomocą wacika. Choć do tej pory wychodziło to mi na dobre - czas zakupić nowe opakowania wacików, bo kuracja działa.


Jak wygląda cały dzienny rytuał??
1. Rano nakładam niewielką ilość żelu na wacik i przecieram twarz. Dopiero potem nakładam krem.
2. Na chwilę obecną zrezygnowałam z cięższych podkładów i pudrów matujących, zadowalam się delikatnym fluidem Giordani Gold albo Rimmel Match Perfection. Delikatnie przypudrowuję sypkim Revlonem.
3. Najgorszy jest demakijaż... Bo do twarzy nie używam wody z kranu W OGÓLE i choć uważałam to za głupotę, żeby myć mordę wodą z butelki, to przekonałam się, że to naprawdę działa. 
Najpierw nakładam na wacik mleczko nawilżające do demakijażu i oczyszczam paszczę. 
Potem na kolejny wacik leję wodę z butelki. 
A na kolejny wacik nakładam żel micelarny Pharmaceris i oczyszczam twarz do końca. 
4. Nawilżam kremem.

Szaleństwo!!! Ale po dwóch tygodniach takiego rytuału twarz wygląda bardzo dobrze, jest mięciutka, akceptuje już mocniejsze fluidy i nawet pudry matujące :) Ufff!!!
Ja w ramach dnia dobroci dla skóry skusiłam się tydzień temu na miniaturkę toniku nawilżającego od Yves Rocher i stosuję go do ostatniego przetarcia wieczorem. 


Uważam, że takie "oczyszczanie" mordki jest bardzo zajmujące i czasochłonne, na pewno dużo bardziej niż mycie i demakijaż żelem i wodą. Ale czego się nie robi dla pięknej skóry?? :)
Z taka pielęgnacją i makijażem twarz nie zachwyca matem, ale która z Was ma suchą skórę pewnie wie, że do matu mnie tak nie ciągnie, a wolę trochę świeżego, zdrowego blasku (bez przesady, spocona twarz, a świeży blask to kolosalna różnica!:P) Ale w dotyku i fakturze (pozwólcie mi to tak określić) jest o niebo lepsza. Przynajmniej nie wychodzi mi gęsia skórka z obrzydzenia, gdy przejadę po umytej twarzy dłonią.

[po lewej mordziak na dzień dzisiejszy - świecący, ledwo muśnięty makijażem, ale nawilżony, miły i bez suszycy! :) ]



A jak wygląda Wasz rytuał demakijażu? Żele? Mleczka? OCM???
Buziaki!

wtorek, 15 kwietnia 2014

Konkurs wiosenny z jajem :)

 
Cześć Dziewczyny!

Wiem, że wiosna płata figle i dziś na przykład miałam ochotę założyć grube rękawiczki, aniżeli szukać wiosennych promyków, ale z racji styknięcia liczby obserwatorów z czwórką na początku chciałam się z Wami CZYMŚ podzielić :)

Przede wszystkim - dziękuję Wam za to, że jesteście, komentujecie, rozstrzygacie spory, a i najczęściej doradzicie mi lepiej niż niejedna Pani w drogerii :D

Wiecie, że jako szczęśliwy stwór żywię się głównie otaczającym mnie szczęściem i większość konkursów, które organizowałam opierała się na uśmiechu. Tym razem nie będzie inaczej :D

Ale ale...
Pewnie jesteście ciekawe nagród? Otóż planując swoje wesele powtarzano mi mi już milion razy, że "jeszcze by się taki nie urodził, co by wszystkim dogodził"  więc aby nie ograniczać Waszej wyobraźni postanowiłam spełnić Wasze marzenie do 55 złotych. Dlaczego 55? Nie 50, nie 60 tylko dwie, piękne, krągłe piąteczki, które chciałabym, żeby znajdowały się nie tylko w moim indeksie, ale też przy każdym teście który oceniam :D 

Szukałam sklepu, któremu można zaufać i w którym możnaby coś zamówić... Padło na MintiShop. Przed konkursem sama postanowiłam sprawdzić jak to jest z realizacją zamówień w tym sklepie i będąc miło zaskoczona postanowiłam postawić na ten sklep.

A więc regulamin:
1. Organizatorem konkursu i sponsorem nagród jest właścicielka bloga http://picolaworld.blogspot.com/
2. Konkurs trwa od 15.04.2014r. do 25.04.2014r.
3. Warunkiem uczestnictwa w konkursie jest bycie publicznym obserwatorem bloga http://picolaworld.blogspot.com/ oraz w formularzu konkursowym wstawienie komentarza z dowcipem/linkiem do śmiesznego nagrania/linkiem do obrazka (Osoby poniżej 18 lat proszone są o pisemną zgodę rodziców.)
4. Zwycięzca zostanie wyłoniony przez jury, w skład którego wchodzą właścicielka bloga i jej poczucie humoru :)
5. Wyniki zostaną ogłoszone do dwóch dni od zakończenia konkursu.
6. Zwycięzca jest zobowiązany nadesłać w ciągu pięciu dni maila na adres j.olcia91291[małpa]gmail.com z linkami do artykułów ze strony sklepu mintishop.pl o kwocie nie przekraczającej pięćdziesięciu pięciu złotych, oraz danymi do wysyłki. 
7. Koszty wysyłki pokrywa organizatorka konkursu. Wysyłka jedynie na terenie Polski.
8. W razie nie zgłoszenia się zwycięzcy do pięciu dni nagrodę otrzymuje osoba, która zostanie wyróżniona w następnej kolejności przez właścicielkę bloga.
9. Nagrodzonemu zwycięzcy nie przysługuje prawo do zamiany nagrody rzeczowej na jej ekwiwalent pieniężny.
10. Jedna osoba może nadesłać max. 3 prace(linki/dowcipy...)

Czyli w skrócie - doprowadzacie mnie do łez, a potem jak wygracie - wybieracie sobie prezent za 55złotych :) Może to być jedna rzecz, może być wiele, bylebyście się zmieściły w tych
 magicznych dwóch piątkach. Może którejś z Was szkoda na tangle teezer? (tak jak mi:P).
Może któraś z Was ma chrapkę na nową paletkę Sleek'a? (tak jak ja?:P) A może na mini kolekcję szminek? (o! To też tak jak ja!) albo na nowy pędzel?? (Hmm...:P)

Nie wnikam! To już zależy od Was!
Poniżej formularz konkursowy no i... życzę dobrego wyboru!




Ps. Gdyby coś było niejasne - piszcie na adres podany w punkcie 6. Celowo nie wpisuję @ - wiecie, żeby nie stać się znów żywicielem dla reklam :D
Buziole

czwartek, 10 kwietnia 2014

Ślubne rozważania 8 - Osobiste stresy przedślubne.



Cześć Dziewczyny!

Dziś będzie strasznie... Chciałam opisać parę spraw, które już nie podchodzą pod "rozważania" ale osobiste strachy i stresy. Owszem, martwię się tym, że poplamię sobie suknię przed ceremonią, że się wywalę, że zaśpię, że z kasą będzie lipa, że coś pójdzie nie tak... Ale są rzeczy, które dręczą mnie szczególnie. Takie małe paranoje, które nasilają się wraz z upływem dni, które dzielą mnie od dwudziestego dnia września. Oto mała lista.



1. Dostanę okres.

Wiem, że dla wielu z Was może to nic, ale u mnie TEN dzień, to zły dzień... Zwykłyśmy nawet mawiać na filologii z przekąsem, że "the first day of period is the worst day of your life" . Ja podczas pierwszego dnia (a czasem i drugiego) jestem odłączona od rzeczywistości. Nie mogę się ruszać, nie myślę trzeźwo, ból przejmuje kontrolę nad wszystkim, nie wspominając o cudnym wyglądzie i skwaszonej miny cierpiętnika :) Na silnych przeciwbólowych daję rade, ale w efekcie jestem trochę przydżumiona. Dostaję dreszczy jak sobie pomyślę, że w tym ważnym dniu mogłaby przyjechać do mnie tak zwana Krwawa Ciocia i z nadzieją przeliczam dni, jak to może wypaść?




2. Dostanę pryszczycy.

To moja kolejna zmora - im więcej stresu, tym więcej pięknych, okazałych i bolących zmian na twarzy. Do tej pory jeszcze nie opanowałam sposobu, żeby zapobiec temu procederowi, umiem go minimalizować dzięki REO i Klindacinowi. Jednak są wypadki, kiedy żadne z nich niewiele może a należą do nich właśnie pełne stresu przedsięwzięcia. Mało było ważnych wydarzeń w mym życiu, które nie byłoby zwieńczonych zdjęciem z pięknymi wykwitami na twarzy...
Mam zamiar ograniczyć sól, majonez, czekoladę i ser żółty (wedle zaleceń pani dermatolog), ale nie wiem czy to wiele da :D
Jak sobie pomyślę o przedślubnym stresie to już się boje co mi wykwitnie na ryjku! Może któraś z Was ma podobny problem i nauczyła się z nim radzić? :)



3. Będę mieć Dzień Paszczaka.

Nie wiem, dlaczego tak zawsze jest, ale przed każdym ważniejszym wydarzeniem mam właśnie taki dzień. Pamiętacie Paszczaka z muminków? Choćby nie wiem jak zaczesał swoje cztery włosy na głowie i w co się ubrał - zawsze wyglądał źle... W naszym przypadku syndrom paszczaka objawia się tym, że cokolwiek byście ze sobą nie zrobiły - fryzura, mejkap, strój - i tak wyglądacie dziwnie. Inni może tego tak bardzo nie zauważają, ale WY TAK! Ja na przykład wyglądam jakoś tak, ni to popuchnięta, nie zszarzała na mordce, oczy jakieś takie zapadnięte, moje delikatnie zmarszczki nagle wyglądają jak u starej baby, włosy układają się nie w tą stronę co powinny... Zawsze wydawało mi się, że jest to efektem braku snu (które jest również nieodłącznym towarzyszem stresowych wydarzeń) jednak Dni Paszczaka zdarzają mi się ostatnio nader często, a ze spaniem problemów nie mam? Do Dnia Paszczaka zaliczają się też "Bad Hair Days" i wtedy żadna fryzura nie pomoże :(


4. O czymś zapomnę...

Lubię mieć wszystko pod kontrolą, przy czym nie spinam pośladów i nie lecę z wszystkim nie wiadomo jak do przodu. Pomimo tego, że całe wesele trzyma się kupy dzięki wielu listom, które są na bieżąco sprawdzane i modyfikowane - mam małego pietra, że czegoś zapomnę! 
Kolega na swoim weselu przechwalał się jak to nie było świetnie zorganizowane, że wszystko dopięte na ostatni guzik. Dopiero pod kościołem okazało się, że nie zapłacili organiście i księdzu, tamci się obrazili  i trzeba było im lecieć zapłacić i jeszcze prosić, żeby przyszli :D Ale była komedia! Boje się, żeby nie wypieronić takiej gafy!
Choć słyszałam, że bez niedociągnięć się nie obejdzie i trzeba być na to przygotowanym :)




5. Będę się rozpływać

Jestem bardzo uczuciowa, ale w momentach gdy faktycznie większość ludzi się unosi - ja pozostaję często niewzruszona. Albo tak mnie zje stres, że o łzach ani zimnym pocie nie ma mowy. Co innego gdyby w ten dzień akurat włączył mi się sentymentalizm. Wszystko spłynie, ja się upocę... I idź tu tak kobieto do ołtarza!

Moja hmm... tak ciocia idąc do ślubu była w salonie na makijażu. Wyszła z niego i makijaż spłynął, razem z tuszem :D Szybko dzwoniła żeby ktoś jej kupił tusz wodoodporny, sama zrobiła poprawki w domu ale stresu na pewno było co niemiara! I potem całe przyjęcie chodziła do toalety popatrzyć czy wszystko ok, poprawić to co ok nie było... EH!


Jest jeszcze wiele małych rzeczy, jak i moich wymyślnych teorii zamętu, jednak staram się je odganiać z głowy hen daleko, bo ileż człowiek może się denerwować?
Odliczacz na samym dole strony mówi mi, że czasu ubywa!
Czy jest coś na co powinnam jeszcze zwrócić uwagę???
Buziaki!

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Makijaż na oczach zielonych i niebieskich z Barry M.


Cześć Dziewczyny!

Jakiś czas temu przyleciała do mnie od Domi fioletowa paletka Barry M. Glamour Puss. Ciężko mi się z nią obchodziło, nie powiem, ale w końcu ją ogarnęłam i poskromiłam. Dziś minimalistycznie chciałam pokazać efekty współpracy z czarnym i białym cieniem.

Na początku chciałam napisać ze dwa słowa, bo fioletowe, tekturowe opakowanie jest niczym mięsny jeż: "po prostu przesłodkie" :D No i słówko o samych cieniach: jest ich sześć plus naprawdę różowy róż :) Wszystkie mają w sobie połyskujące drobinki, jednak w pierwszych dwóch (biel i jasny niebieski) najbardziej rzucają się w oczy na skórze.


Bez bazy z tymi cieniami się nie ruszałam, bo cienie traciły cały swój urok i głębię koloru. Róż za to dawał piękną mgiełkę koloru na policzku i tu efekt mnie jak najbardziej zadowalał :)

Swatche wklejam poniżej, górna część smagnięcia palcem to bez bazy, dolna na bazie AVON. Jest różnica, nie?:)


Okej, a jeśli chodzi o makijaż chciałam się skupić na dwóch skrajnych cieniach. Biel, która w małej ilości daje naprawdę ładny efekt rozświetlenia, ale bardzo łatwo z nią przesadzić i robimy z siebie świecącą lalę razem z piękną czernią, przypominającą mi trochę posiadaną już z paletki BH cosmetics...

Chodziło mi o efekt rozmytej kreski, ale bez efektu takiego klasycznego smoky eye. Bez kolorów wybijających się z naszego B&W. Ze stonowanymi ustami. Tak prezentuje się ten sam makijaż na mojej pięknej, zielonookiej Gabrysi i na mnie :)


AH! Jak ja zazdroszczę fotogeniczności Gabrysi :D


W tej paletce są kolory, w których ja sama źle się czuję, ale tak jak wspomniana biel - delikatnie potrafią podrasować niejeden makijaż. Zakochałam się za to w trzech ostatnich kolorach: brązie i czerni oraz szaro-zielono-niebieskim :) Ciekawa jestem jak naturalna wersja paletki Barry M., bo na zdjęciach naprawdę kusi!
A jak Wy widziałybyście się w takich kolorach z paletki Glamour Puss? 
Buziaki!