sobota, 30 listopada 2013

O dbaniu o siebie słów kilka.


Cześć Dziewczyny!

Jako, że dawno mnie nie było na moim własnym blogu z powodów zaniedbania siebie chciałabym na ten temat strzelić mały wykładzik :)
Jako świeży pracownik, w pierwszej jakiejkolwiek robocie mego życia (w Polsce) chciałam się utrzymać na posadzie i z powodu byle przeziębienia nie rezygnować z godzin zarobkowych.

Spowodowało to trzymiesięczne przewlekłe przeziębienie, a w efekcie wylądowałam na pogotowiu, nie mogąc jeść ani mówić, ledwo oddychając i ogólnie w stanie schodzącym... 

Nadal z moich ust nie wydobywają się za bardzo słowa, ale czuje się duuużo lepiej mając nadzieję, że powikłania po chorobie przejdą i nie zostawią śladu. Szkoda, że aby uświadomić sobie jak ważne jest nasze zdrowie trzeba się na własne życzenie doprowadzić do fatalnego stanu...

Eh, no ale dzięki Bogu, siły wracają, a i miałam okazję coś skombinować.
Otóż mój Luby ostatnio chodził i chodził przypatrując mi się uważnie, po czym z niekrytym zdziwieniem spytał: 
"Ola, czemu chodzisz po domu w sztucznych rzęsach??"

Normalnie burknęłabym pewnie od niechcenia "a co cie to obchodzi", bo niejednokrotnie robiąc jakiś dziwny makijaż miałam okazję przerabiać takie pytania, jednak ta sytuacja różniła się od poprzednich tym, że... nie miałam żadnych sztucznych rzęs :)

Uśmiechnęłam się tylko pod nosem i zaczęłam zastanawiać: czy to wina stosowania odżywki Eveline od marca? Czy to wina tuszu, a może olejku arganowego, który namiętnie wcieram w cały ryjek od około miesiąca?? 

Pewnie wszystko na raz, ale wiecie, czasem są takie komplementy, które sprawiają że jest po prostu fajniej :) Bo rzęsy to nigdy nie była rzecz, którą mogłam się chwalić, zazwyczaj patrzyłam zazdrośnie na dziewczyny, które naturalnie miały czarne firany, którymi zalotnie trzepotały. 


Poleciałam na górę, podmalowałam usta i zrobiłam aż zdjęcie. Tak, mi tez się podobały moje rzęsy tamtego dnia :)



Jeśli to wina olejku (a tego nie umiem niestety dojść) to ogłaszam, że jest on do wygrania w moim konkursie TU. Co prawda na skórę twarzy działa jak działa - ja potrzebuję go zmieszać z kremem, żeby nawilżenie mnie zaspokoiło. Ale trzymam się kurczowo myśli, że wpływa na mój ryjek(i "sztuczne" rzęsy) dobrze:P

Pozdrawiam Was serdecznie, dbajcie o siebie w czasie zimy! :*

poniedziałek, 25 listopada 2013

Pomadka nie na moją kieszeń :)


Cześć Dziewczyny!

Dziś chciałabym opisać moje wrażenia po pierwszych tygodniach nie ukrywając codziennego stosowania pomadki, którą udało mi się wygrać w konkursie organizowanym przez ZAO na fejsbuku. Nie ukrywam - ucieszyłam się jak głupia, bo ja w obecnej sytuacji życiowo-finansowej w życiu bym nie dała za pomadkę więcej niż 30 złotych a cena ZAO to dwukrotnie więcej :D

Jednak ciesze się, że mam okazję liznąć trochę eko-luksusu, bo moje uprzedzenia do drogich produktów w tym przypadku znikły :)

Pomadka jest nietypowa - bo z bambusa. No wiem, ja też uwielbiam piękne plastikowe opakowania z finezyjnymi srebrnymi albo złotymi wstawkami. Ale wierzcie mi - każdy zwrócił uwagę na to maleństwo gdy poprawiałam się w lustrze zarówno w domu jak i w pracy :)

Dbałość o szczegóły - to mnie poruszyło, każda wstążka i szczegół dokładnie dopracowany.
Ale dobra, dobra... Co z tą szminką??

Po otwarciu uderzył mnie zapach - drzewny, korzenny? Nie potrafię do końca określić. Mój Luby twierdzi, że to stara pistacja :D No i wiecie - drogeryjne pomadki pachną słodko, owocowo, smakowicie albo... chemicznie. Ten drzewny zapach ZAO tak mnie zdziwił, że do tej pory nie mogę się nadziwić gdy otwieram wieczko. Niestety, nie podoba mi się ten zapach, ale na moje szczęście - nie czuć go po nałożeniu :)



Mój kolor to 467 - opisany jako "Beżowy opalony". Powyżej widzicie kolor na kartoniku (który totalnie by mi się nie spodobał :P) a poniżej prezentację zdjęć samej pomadki w różnym oświetleniu.


Na pierwszy rzut oka pomadka wygląda na suchą i tępą. Bałam się jej użyć, ale okazało się, że moje obawy są wyssane z palca, bo gładko sunie po ustach. Ale na pierwszy "maz" poszła moja ręka na której efekty poniżej.


Kolor na ręce wygląda na swego rodzaju kolor cegły (przynajmniej, gdy myślę o cegłach to mam w głowie TAKI kolor, bynajmniej dla mnie nie ma czegoś takiego jak "czerwony jak cegła" - czerwony to czerwony, a ceglasty to ceglasty:))

Z racji tego, że zaczęłam mieć manię prześladowczą na zróżnicowanie kolorów ze względu na różne oświetlenie wstawiam parę zdjęć w różnym świetle - mam nadzieję, że to lepiej oddaje jej kolor. Choć na żywo i tak wygląda inaczej (fuck:P)


No cóż, myślę, że jej kolor najlepiej obrazuje zdjęcie całej twarzy i to jak się komponuje w makijażu. Jest to bardziej nasycona wersja naturalnego odcienia ust. Nie jest to nudziak, beżowy opalony? Owszem!!! :)


Nie napisałam ani słowa o jej właściwościach!
Prócz tego, że pomadka jest naprawdę miękka i gładko sunie po ustach, to nie podkreśla suchości na ustach, ani też nie podkreśla skórek. Nie wchodzi w załamania i nie wysusza ust. Schodzi niesamowicie naturalnie, nadaje bardzo ładny naturalny błysk, jest piękna, zupełnie matowa - bez najmniejszych drobinek - a to uwielbiam :) Usta wyglądają w tej pomadce na gładziutkie i zdrowe. Chociaż ostatnio moje usta przez okropną chorobę i ciągłe oddychanie przez buzię nie są w najlepszym stanie :(

Podobnież regularne stosowanie tej szminki przyczynia się do regeneracji ust dzięki cennym olejkom, które znajdują się w jej składzie. Trudno mi to jeszcze ocenić, ale gdy na rynek zaczęły wchodzić produkty pielęgnacyjno-kolorowe myślałam, że to idealne połączenie dla nowoczesnej kobiety.

Wiecie - nie trzeba rezygnować z koloru na rzecz regeneracji i ochrony :)


Jestem przeszczęśliwa, że mam okazję smarować się tą szminką i mam nadzieję, że kiedyś będę zarabiać na tyle, że więcej wersji kolorystycznych nie będzie dla mnie dużym ubytkiem w portfelu, bo naprawdę warto.
Na tenczas mam mały zamiar sprawić taki pomadkowy prezent mamie (ogromnej face szminek:))

Ogłaszam wszem i wobec, iż fakt że pomadkę wygrałam nie wpływa na moją opinię. 
W wygranej paczce był jeszcze tusz, jednak z racji tego, że mam już parę innych otwartych i nie chcę żeby coś się marnowało - możecie go wygrać w moim konkursie w poprzedniej notce.

Podoba Wam się taki kolor dziewczyny?

sobota, 23 listopada 2013

Śmieszny konkurs :)


Cześć Dziewczyny!

Za niedługo kończy się listopad, a wraz z jego końcem pojawi się na tapecie grudzień. Tak, wiecie - grudzień, to Mikołaj, Święta, prezenty... Dla mnie jednak grudzień zawsze oznaczał jedno - urodziny!
I choć tradycyjnie to osobie której przybywa w danym dniu lat daje się prezenty, ja zrobię trochę na opak :)

Z okazji moich nadchodzących urodzin chciałam Was zaprosić na konkurs jaki mam przyjemność zorganizować!

Ale żeby nie było tak łatwo, chciałabym żebyście i Wy mi coś podarowały - trochę uśmiechu, bo cenię to sobie najbardziej. 

                A więc aby wziąć udział w konkursie:               
1. Należy być publicznym obserwatorem mojego bloga oraz...
2. W formularzu poniżej wkleić jakiś kawał, anegdotę po której można zsikać się ze śmiechu, śmieszną sytuację, wkleić link do filmiku, piosenki... Wszystko co może wywołać uśmiech :)

Konkurs trwa od 23 listopada do 9 grudnia 2013roku do godziny 23.59. 
Zwycięzcę wybiorę na podstawie punktu drugiego, czyli oceniane będą uśmiechy jakie wywołuje dany żart/filmik...:) 
Jedna osoba może podesłać jedną śmieszną "rzecz". Jeśli prześlesz więcej - chętnie się pośmieję, ale pod uwagę przy ocenie będę brać tylko pierwszą przez Ciebie nadesłaną.
W razie wątpliwości co do wyboru zwycięzcy w komisji konkursowej zasiądzie mój Narzucony, który pomoże mi zdecydować ostatecznie.
Wyniki ogłoszę do 3 dni, poproszę wtedy zwycięzcę o kontakt mailowy.


Nagrody funduję ja, mój portfel i poniżej parę słów o nich:
- potrójny cień PAESE - uwielbiam ich trójeczki, ten zestaw w kolorach brązów i neutrali
- olejek arganowy PAESE - mam i ja!
- Wazelina czekoladowa FLos-Lek - na zimę w sam raz! Idealna pod pomadki wysuszające usta!
- Pomadka nawilżająca MIYO - dokładnie ta, o której pisałam TU, mój ulubiony kolor :)
- Mascara ZAO - wygrana w konkursie ZAO, jednak w domu mam już otwarte 3 mascary i nie jestem w stanie ich zużyć, a co dopiero przygarnąć kolejną, żeby ta się zmarnowała i schnęła u mnie na półce:( Dlatego szczęśliwie trafi do którejś z Was! :)
- Niespodzianka!! - o której nie powiem nic, żeby nie psuć zabawy ;)

Mam nadzieję, że wszystko jest zrozumiałe? :) W takim razie zapraszam!





Ah, możecie umieszczać banery, jeśli chcecie :) Nie jest to wymagane, bo chcę przede wszystkim, żebyście i Wy miały radochę z wklejania tu radości. W razie pytań - czekam na komentarze ;)

Pozdrawiam Was serdecznie!
Buziaki!

Konkurs nie podlega przepisom Ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych (Dz. U. z 2004 roku Nr 4, poz. 27 z późn. zm.).

czwartek, 21 listopada 2013

Naturalnie sztuczne rzęsy? :D



Cześć Dziewczyny!

Dziś chciałabym trochę poklechać o sztucznych rzęsach. Ale uprzedzając te z Was, które westchną z politowaniem mówiąc: "Znowu??"  chciałam na wstępie zaznaczyć, że o ile jest to wynalazek, który uwielbiam w mocniejszym, bądź sesyjnym makijażu, to nigdy nie używałam takich w kolorze brązowym.
Co mnie podkusiło, żeby wybierając wśród szerokiej gamy kolorów jakie oferuje mi w ramach współpracy KKCenterHK wpisać nazwę ES-A514?

BO BRĄZ FANTASTYCZNIE ODMŁADZA!!!

Tak, zauważyłam to zmieniając smoliście czarne krechy, na ciemny brąz, a czarną mascarę zastępując taką w kolorze "brown-black". Wyglądam świeżej, młodziej i... mniej ciężko?

Oczywiście chciałam pójść o krok dalej i sprawdzić czy doczepiając sztuczne rzęsy dalej ta zasada będzie działać?

Ten model to pięć par brązowych rzęs na przezroczystym pasku. Charakteryzują się dość twardym paskiem, który dla niewprawnej ręki będzie problemem... Ułożenie rzęs na pasku jest prze-fajne - ponadto rzęsy są dużo dłuższe i można je przyciąć według własnych preferencji. Co mnie jednak razi, to fakt, że podczas pstrykania zdjęć z fleszem wychodzi na jaw ich plastikowy błysk... Jednak bez flesza prezentują się bardzo ciekawie :)



No niestety nie byłam w stanie pomalować swoich rzęs żadną mascarą, gdyż wyróżniało się to na tle brązowych rzęs. Jednak bez malowania, przy starannej aplikacji - wyglądały dość naturalnie i miękko.


Mimo, że tego nie widać tak na zdjęciu, rzęsy są dość długie, nie są wywinięte nie wiadomo jak, ale z całą pewnością zauważalnie na oku. Zmieniają je :)


Jednak wciąż są to dla mnie rzęsy do bardzo specyficznego makijażu. Nie mocnego- bo brąz będzie się wyróżniał. Nie lekkiego, bo pasek będzie widoczny. Średniaczek? Owszem. I w takim wydaniu jak na ostatnim zdjęciu lubię brązowe sztuczniaki najbardziej.


Oko prezentuje się dumnie, choć teraz już wiem, że o ile brązowa mascara zastąpi mi czarną, to brązowe sztuczne rzęsy to nie to samo co czarne :) No cóż, moja ciekawość została zaspokojona!


Miałyście do czynienia z rzęsami w kolorze innym niż czarny?
Pytam i o sztuczne i o kolorowe mascary modne w lecie :)
Buziaki!

środa, 20 listopada 2013

Ślubne rozważania 6 - po roku?


Cześć Dziewczyny!

Co prawda dopiero w grudniu będzie rok od naszych zaręczyn, ale chciałam tak w skrócie zrobić listę rzeczy, które udało nam się już załatwić od tamtego czasu, czyli krótko o organizacji, ponieważ natchnęło mnie piękne zjawisko zaręczyn u Nadine i Puszki - kochane, serdecznie Wam obu gratuluję!!!! 

Otóż w Święta 2012 założyłam pierścień mocy na palec i zaczęło się dziać totalne szaleństwo! 
Wspólne rozmowy, oczekiwania, plany z kartka papieru, albo otwartym dokumentem Worda... Szybka decyzja o terminie, żeby wszystko potem podporządkować terminowi. Chyba, że na danej rzeczy Wam zależy najbardziej i to pod nią będziecie dostosowywać termin? Mi zależało na danych kamerzystach. Lubemu na wrześniu. I tak udało się złapać termin pod koniec września. 
O Boże, to naprawdę się dzieje, wyjdę za mąż!

Niektóre rzeczy były pilne, wiedzieliśmy, że z orkiestrą, lokalem i osobami od uchwycenia pięknych momentów trzeba się będzie umawiać jak najwcześniej. Oto mała lista co i jak rozporządzaliśmy w tym roku i jak się zapowiada na przyszłość. Plan ogólnikowy, pewnie będzie niejednokrotnie uzupełniany :)

Załatwione z zaliczkami na początku 2013 roku PILNE:

X   Orkiestra
X    Sala + jedzenie + tort
X   Fotograf/Video
X   Florystka
X   Nocleg dla osób z daleka

Załatwione pod koniec 2013 roku:

X     Rezerwacja na wypieki na paczki ciast dla gości
X   Wstępne ustalenia w sprawie wódki


Organizacja do odhaczenia w 2014 roku:

    Rozpocząć kurs tańca, żeby nie pozabijać wszystkich gości (MARZEC)
       Zamówienie sukni ślubnej wraz z wszystkimi biżuteryjnymi dodatkami (KWIECIEŃ)
       Umawianie się na poprawki krawieckie(GDY SUKNIA PRZYJDZIE)
       Umawianie się z upiększaczami (kosmetyczki i fryzjerzy) (LIPIEC)
       Auto do ślubu (LIPIEC)
       Szukanie butów idealnych (OD LIPCA)
       Sesja zdjęciowa przedślubna (WAKACJE)
       Nagranie video przedślubne (WAKACJE)
       Formalności - czyli ogarnięcie tego czego nie ograniam(OD WAKACJI)
       Załatwienie transportu typu „bus” (LIPIEC/SIERPIEŃ)
       Bolerka/welony/podwiązki (LIPIEC/SIERPIEŃ albo jak się napatoczy:P)
       Załatwienie kierowców do odwożenia gości do domu (SIERPIEŃ)
       Kupienie zaproszeń i ich „rozwózka” (CZERWIEC I PÓŹNIEJ)
       Kupno obrączek (LIPIEC)
       Konspiracyjne upominki dla rodziców (SIERPIEŃ)
    Rozplanowanie miejsc siedzących i stworzenie plakietek (WRZESIEŃ)
       Wódka + picie (WRZESIEŃ)
      

Do przemyśleń głębszych

       Czy zainwestować w rzęsy doczepiane metodą 1:1?
       Czy zainwestować w kurację wybielającą zęby?
       Czy organizować sztuczne ognie/latające lampiony?
       Czy obejdę się bez czekoladowej fontanny? :)
       Czy ingerować w strój partnera?
    Rany boskie, gdzieś trzeba będzie zrobić wieczór panieński!
   Pomyśleć o zwolnieniu z pracy (o ile takową jeszcze będę mieć:P)
      

Na pewno o czymś zapomniałam... No tak - co do punktu "Przemyślenia głębsze" już tłumaczę: 
a) nie wyobrażam sobie siebie bez ulepszacza w postaci doczepianych rzęs, bo swoje mam tak marne, że pewnie nie byłoby ich widać wcale... Jako że sztuczne rzęsy, czy kępki mają u mnie tendencję do uciekania w trakcie zabawy, odlepiania ewentualnie - myślałam o przedłużaniu dla własnego komfortu psychicznego.
b) nie myślałabym o tym. Jednak gdy sprawdziłam (dziękuję Asiu:*), że pasuje do mnie czysta, mocna biel - zaczęłam się zastanawiać jak przy rażąco białej suknie będzie prezentować się mój uśmiech?(któremu do śnieżnej bieli brakuje...)
c) podziwiam takie urozmaicenie imprezy, gdy wszyscy wspólnie wychodzą na pole, a nie tylko gdy im się znudzi, albo się pokłócą/pójdą trzeźwieć... 
d) to jeden z ulubionych elementów każdego wesela(każdej imprezy na której jest) i sprawia mi ogromną radochę! Większości gości też, dlatego bardzo intensywnie nad  tym myślę...
e) no tak... zostawić to jemu i olać sprawę? Z jednej strony mu ufam, nie wyobrażam go sobie w jasnym garniaku (nie no, sory wyobraziłam sobie, buahahaha!!!!!) więc klasyczna czerń będzie rządzić. Tylko czy przy wyborze naciskać na swój wkład czy zostawić to zupełnie jemu???
f) i g) komentować nie będę :)

W razie jakichś pytań - zapraszam do komentarzy :) 
Dziś jest dokładnie 10 miesięcy do naszego ślubu i zaczyna to do mnie w końcu docierać :D

poniedziałek, 18 listopada 2013

Walki z włosami i komputerem ciąg dalszy! :)

Cześć Dziewczyny!

Ja dalej walczę z moim komputerem, który nie pozwala na zgrywanie fotek z aparatu i w ogóle na niewiele mi pozwala :) jako, że jest to moje jedyne narzędzie połączone z internetem (nie, nie mam tabletów, smartfonów, ani żadnych z cudów dzisiejszej technologii...) zawaliła z projektem u Domi... Makijaż wykonałam, ale jedyne co udało mi się wklepać na komputer, to zdjęcie z kamerki komputerowej, które jest żałosnej jakości i wstyd byłoby je zgłaszać do projektu kobieta Kameleon :D



Dzięki Domi mam okazję wkleić jeszcze jedną fotkę, trochę lepszą bo z telefona, ale aparatowe zdjęcia nie chcą współpracować :( Domi, dziękuję!!!

Kaczy dziub :D

Miało być o czym innym, ale skoro zmuszona jestem dysponować jedynie zdjęciami, które były wczesniej już zgrane na wspomnianego wcześniej Pana Komputera - pokażę Wam efekt jaki udało mi się uzyskać na włosach intensywną pielęgnacją. 

Po naoglądaniu się miliona zdjęć inspiracyjnych z różnorakich stron przyjrzałam się swoim kłakenom. Nie są tak piękne, błyszczące i idealne jak na wszystkich tych zdjęciach, ale i tak je pokochałam :)

Rzadko zdarza mi się włosy rozprostować na szczotce, ale jak już to zrobiłam i włosy wydały się dłuższe - nie mogłam nie porównać tego z wynikami z początku roku :) I sprawiło mi to ogromną radość!!! :)
Małe porównanie luty - listopad:




Tak tak... Wraz z nastaniem trochę chłodniejszych dni wróciła do łask moja niebieska piżamka z chmurką, w której jest niesamowicie ciepło i mogłabym w niej przełazić po domu cały dzień! :D Lepsza niż jakiekolwiek dresy posiadane do mnie do tej pory. 

Małe spostrzeżenie:
Zawsze, gdy moje włosy robiły się dłuższe wydawało się ich tysiąc razy mniej. I gdy dochodziłam do tegoż momentu zazwyczaj ścinałam je do ramion. A dlaczegóż? Bo gdy są dłuższe robią się niesamowicie ciężkie i osiągam wtedy efekt przyklapu.... A tego nie lubię, więc wolę mieć krócej i optycznie więcej niż dłużej a optycznie mało. 

Też tak macie????
No i na koniec Listopad 2012 kontra 2013. Gładkość i duuużo lepsza kondycja. I coś, czego nie zobaczycie na zdjęciu - upragniona miękkość <3

No i udało mi się z bordowo-czerwonych rudości dojść do bardziej rudawo-naturalnych jednak wciąż rudości :) 

Do wesela będą idealne!!! :)

piątek, 15 listopada 2013

Gdyby komputery umiały mówić...

... to mój pewnie powiedziałby "dobij mnie"... Jednak ja go katuję i denerwując się na siebie, potem na niego, potem na cały świat - próbuję coś na nim zdziałać. Problemy techniczne wpłynęły w dość znacznym stopniu na moje ostatnie tygodnie.


Nie dość, że zapuściłam się z blogowaniem, to jeszcze olałam wszystko co wirtualne (łącznie z wirtualnymi kserówkami na dzisiejsze zajęcia:P) :)
Miałam za to więcej czasu dla siebie, najbliższych i snu!!!! :D
I jestem szczęśliwym człowiekiem...

Nabyłam parę fajnych produktów, ale o nich wkrótce - gdy dogadam się z komputerem i łaskawie pozwoli mi zgrać zdjęcia na siebie :)

Póki co idę się bawić w studenta, wstawiam Wam zdjęcie tego czym się zajmowałam w ostatnim tygodniu i ostrzegam Was - szykuje się mały konkurs z kosmetykami w roli głównej :)

 Cztery makijaże goszczące na mych paczadłach w tym tygodniu.

 Pyszna herbatka Tajemniczy ogród od Nadine :)

Wracam do korzeni mojego makijażu - kredka do oczu w roli cienia :)

 I siostra :) Miałyśmy niecałe pół godzinki, totalny brak materiałów, krzywość i niedokładność, ale było śmiesznie :D

Mam nadzieję, że mój Acer w końcu da się oswoić, bo nie wyobrażam sobie funkcjonowania bez laptopa :(
Mam nadzieje, że Wasz tydzień minął mniej chaotycznie?:)

piątek, 8 listopada 2013

Rozważania na temat makijażu



Cześć Dziewczyny!



Pamiętam, jak moja mama, gdy zaczynałam swoją przygodę z makijażem podziwiała Cindy Crawford, której kasety z ćwiczeniami namiętnie oglądała i którą do dziś dnia wymienia jako najpiękniejszą kobietę. Podziwiała ją za to, jak pięknie ta kobieta wygląda BEZ MAKIJAŻU.

Parę lat temu, po niecałych dziesięciu latach od tych zachwytów mama moja przeczytała wywiad ze swoją ulubienicą. Okazało się, że sekretem Cindy jest właśnie makijaż typu "no make-up", który przyznała, że wymaga wiele czasu, precyzji i dokładnego doboru kosmetyków, ale jest najpiękniejszym makijażem, bo podkreśla to, co mamy już w sobie pięknego.

I choć kasety leżą na półce (pomimo tego, że odtwarzacz video jest już od wielu lat zepsuty:P) z ogromnym sentymentem spoglądam na te duże pudełka, w których są nagrania z masą ćwiczeń.

Wnioski?
1. Po odkryciu makijażu Cindy kompleksy mamy poszły w niepamięć :)
2. Makijaż no-make-up widać to nie lada wyzwanie.
3. Trzeba spróbować zmalować na sobie coś, czego będzie widać jak najmniej :)

Dwa razy podchodziłam do tego makijażu na projekt Kobiety Kameleon u  DOMI. Pierwszą wersję mogłyście już podziwiać przy makijażu dramatic i (choć wyglądam tu na wyblurowaną do potęgi entej:( szlak niech to trafi!) prezentuje się on następująco:

  
No cóż. Tu miałam nałożoną delikatnie pomadkę MIYO, ale za to nie podkreśliłam nijak swoich brwi - zostawiłam je tak, jak widzę je zaraz po przebudzeniu. Jednak ja osobiście wolę się w trochę ciemniejszej wersji i gdyby matka natura obdarzyła mnie ciemniejszymi brwiami - nie pogniewałabym się :)

Próbowałam więc stopniowo przyciemniać łuk brwiowy, ale wciąż mając na uwadze, żeby wyglądał on naturalnie. I z efektów byłam dużo bardziej zadowolona, co więcej! Poszłam tak do pracy i nikt nie zwrócił uwagi na brak kreski, lekki look (choć pewna mama myślała, że jestem uczennicą :D )


Ot, dodałam trochę czerni żeby zmienić trochę kolor całości, a naprawdę niewiele jej trzeba, a cała twarz mi się zmienia (przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie, nie wyprowadzajcie mnie z błędu:P) Na ustach tu jedynie pomadka ochronna z Forever Living Products, czyli naturalnie :)


Ale przy makijażu miałam również na uwadze to, co mówiła Cindy - że jest on pracochłonny. Owszem, zajął mi tyle czasu co niejeden makijaż wieczorowy, a to ze względu na detale, które chciałam, żeby wtopiły się jak najlepiej w całość tworząc naturalną całość. I tu postawiłam na parę tricków makijażowych.


Przede wszystkim obrysowanie linii brwi od dołu korektorem. To znaczy cieniutkim pędzelkiem na którym mamy korektor :) Następnie po wklepaniu stworzy nam się ładnie podkreślona i wyrazista linia brwi.

Obrysowywuję również, tylko już nie korektorem, tylko białą kredką kontur ust, ale nie całość, tylko górny środek rozcierając lekko. Ja mam małe i wąskie usta, to sprawia, że wyglądają ładniej :)

Żeby zagęścić optycznie rzęsy, których mam mało - wklepywałam skośnym pędzelkiem ciemny cień pomiędzy górny rząd rzęs. Można to zrobić kredką do oczu, ale moje rzęsy strasznie po takim zabiegu wypadały... Cień załatwił sprawę :)

Moja mascara strasznie skleja rzęsy (szukam stacjonarnie mojego kochanego 2000Calorie curved!) więc przed nałożeniem tuszu nałożyłam odżywkę, pozwoliłam jej się wchłonąć, przypudrowałam rzęsy i przeczesałam je czystą szczoteczką. Dopiero potem nałożyłam tusz. I już skleił rzęsy o wiele mniej :)

Zrezygnowałam z czerni na rzecz brązu, czerń dodając w ilości minimalnej. To sprawiło, że całość wygląda lżej i świeżo :)

Widziałam, że wiele dziewczyn tworzyło tutoriale do makijażu "nołmejkap". Ja tak się skupiłam na malowaniu, że zupełnie o tym zapomniałam :) Ale za to mam dla Was specjalny kąsek, dla WASZEJ OCENY mojego makijażu :)


Dwa zdjęcia na górze, to ja bez makijażu at all :) Dwa poniżej, to moje nieudolne próby stworzenia czegoś na kształt makijażu "no make-up". Jak uważacie, jest ok? Co powinnam zmienić? :)
Czekam na propozycje i opinie!
Buziaki! :*

środa, 6 listopada 2013

Farbowanie orzechem?

Cześć Dziewczyny!

Zabierałam się za farbowanie orzechem, aż w końcu mi się udało. Miałam to już w planach daaawno temu, ale jakoś nie mogłam się zabrać do roboty... Po poście Eve na temat farbowania orzechem postanowiłam nazbierać zielonych łupin, wysuszyć je i postępować z instrukcjami pięknowłosej Eve :) 


Niestety w moim domu nie posiadam elektrycznego młynka, ani blendera, ani Thermomixa... Kręciłam więc wysuszone łupiny ręcznie w tym oto maleństwie :) Długo, mozolnie i niezbyt dokładnie :P


Zalałam wrzątkiem, dodałam trochę maski do włosów i zaaplikowałam (brudząc wszystko dookoła) i pod czepek na ok. 40 minut.

Po zmyciu włosy prezentowały się następująco (po lewej przed po prawej po orzechowej farbie - rudość?? :))

Kolor wyszedł.... dziwny? Całość wygląda bardziej spójnie, ale niestety... nie jest to różnica, którą KTOKOLWIEK ZAUWAŻYŁ (prócz mnie samej :) Faktycznie, bardziej stonowało mi całość i nadało ładnego blasku.

O ile normalnie różnica przed i po farbowaniu była ledwo zauważalna, to na pasemkach wyżej w słońcu widać większe nasycenie koloru i taki złocisto-rudawy połysk.

Po krótce o plusach i minusach:
+ farbowanie za darmo
+ lekkie stonowanie koloru
+ naturalne farbowanie
+ nie odnotowałam wysuszenia
+ ładny zdrowy blask
- ciężko wymywalne części łupin
- dość brudzący proces farbowania
- ledwo zauważalny efekt

A więc na przyszłość (łupin zostało:)) na pewno odsączę kawałki łupin, bo niewyobrażalnie ciężko było mi je wymyć z włosów. Nawet po mega dokładnym płukaniu i wysuszeniu, gdy trzepałam głową leciały resztki łupinek :) Ponadto całość jest bardzo na plus dla tonowania, teraz kolor wygląda już prawie tak samo jak przed farbowaniem :)

Generalnie mam ambitny plan nie farbować włosów jak najdłużej, ale chcę zatrzeć granicę pomiędzy farbowanymi kłakami a naturalkami jak najbardziej :) Dlatego tak mi zależało na naturalnych albo delikatnych metodach. Ciesze się, że udało mi się w końcu wziąć za farbowanie łupinami orzecha, szkoda tylko, że są one dostępne tylko o określonej porze roku :)

A Wy farbujecie? Jeśli tak, to proszę napiszcie czym??

poniedziałek, 4 listopada 2013

Kłamliwe Internety


Cześć Dziewczyny!

Na początek chciałam się przyznać - bo owszem, niejednokrotnie przed zakupem zaglądam do Wujka Interneta albo po radę, albo żeby sprawdzić kolor danego produktu (najczęściej cienie do powiek i pomadki). Jednak jakież jest moje zdziwienie, gdy dany produkt na żywo wygląda... totalnie inaczej niż na wszystkich swatchach na wszystkich obejrzanych przeze mnie stronach? Podróbka? 

Otóż wszystkie wiemy, że Internet kłamie. Blogger kłamie i nasze aparaty najczęściej też są złośliwymi kłamcami. A może to kosmetyki nie chcą się obnażać i ukrywają swoje prawdziwe ja?

Dziś chciałam napisać o dwóch pomadkach, które dane mi było ostatnimi czasy nabyć i testować z niemałą przyjemnością. (swoją drogą przed wsiąknięciem w blogosferę nie używałam żadnych pomadek, tak samo jak nie robiłam wiele dziwnych rzeczy z włosami i nie malowałam najdziwniejszych rzeczy na twarzy - eh blogosfero....?:P)

Pierwsza z nich to Rimmel Lasting Finish o kolorze 070 AIRY FAIRY. 
Druga to MIYO, nawilżająca pomadka w kolorze 04 Apricot Sorbet.


Krótka rozprawa na temat najważniejszych cech obu pomadek:



Wiem... Mój Samiec sam przyznał mi, że woli mnie w mocnym makijażu oka, ale z transparentnym błyszczykiem na ustach, ale gdybym wszystko robiła tylko dla niego, to jaką bym miała radość z kosmetycznych eksperymentów? :)

A teraz gwóźdź programu, czyli przegląd kolorów szminki Rimmel i przegląd kolorów MIYO. Dlaczego kolorów? Bo w każdym świetle kolory wyglądają inaczej. I gdybym sama sugerowała się moim postem przy wyborze szminki - wybrałabym Rimmela. W rzeczywistości na żywo MIYO kolorystycznie powala :)


                     A więc, na pierwszy ogień RIMMEL!                     


Sama pomadka to chłodny róż, da się w niej dostrzec maleńkie złote drobinki, jednak nie jest to tona brokatu tandetnie wyglądającego na ustach, ale daje to subtelny rozświetlający efekt. 


W różnym świetle prezentuje się różnie.... PS. chciałabym wspomnieć, że zapach szminki ogromnie mi się podoba! :D


Ponieważ ciężko mi było uchwycić inne światła - chciałam pokazać jak chłodno wygląda ta szminka, żeby za chwilę się nasycić. Generalnie, gdyby tak nie wysuszała ust, to częściej bym po nią sięgała.

W makijażu wygląda tak oto... Bardzo proszę nie zwracać uwagi na to, że przycięłam sobie pół twarzy i mam minę srającego kota na pustyni... Przybliżyłam sobie za bardzo, miałam już dawno wyjść do pracy a chciałam złapać ostatnie dobre promyki światła, które wpadały do pokoju :)


                      No i  krótka rozprawa o MIYO                 



Tu wcale nie jestem dumna z mojego aparatu. Nic a nic. Sama nazwa pomadki mówi, że jest to sorbet morelowy, a tu widać raczej róż.... 


No w takim porównaniu widać, jak nasycony jest MIYO i jak wchodzi troszkę w pomarańczowe tony.


 Zaś tu znów kompletnie nie to... W ogóle nie widać tego nasycenia i siły koloru. W OGÓLE! Wygląda blado, przeciętnie, niewyraźnie... Widać, że delikatnie się błyszczy, ale nie widać "tego czegoś" co pokochałam na żywo.


Ciesze się, że chociaż w makijażu przedstawiającym całą mordkę widać jak bardzo wesoło ożywia całość. Twarz wygląda świeżo i promiennie. 


Podsumowując:
Rimmel jest trwalszy, ale okropnie wysusza usta. Bosko pachnie i daje mega ciekawy efekt, dobry do wszystkiego. Dość dobrze dostępny za cenę około 20złotych.
MIYO nosi się na ustach parę godzin. Nie wysusza, ożywia twarz i ma niesamowity, wyrazisty, ale nie przesadzony kolor. Z dostępnością kiepsko, ale kosztuje do 10złotych.

A Wy rozczarowałyście się kiedyś naładowane obrazami swatchy po zobaczeniu jakiegoś koloru na żywo?
Który z tych dwóch wyżej wybrałybyście WY?